Zbiór paradoksów i absurdów

09.11.2017 2 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Historia jawi się często jako zbiór przypadków, absurdów i paradoksów. Przynajmniej ja lubię ją tak interpretować. Czuję się wtedy bezpieczniej i spokojniej, niż wówczas gdybym żył ze świadomością, że coś globalnego może ode mnie zależeć. Gdyby spojrzeć na historię muzyki pod tym kątem właśnie – ona również prezentuje się w podobnych barwach. Może niekoniecznie jest to ciąg samych przypadków, ale absurdów i paradoksów nie ma końca.

 

Gdy na przełomie lat 70-tych i 80-tych zaczynały królować syntezatory odbierano to jako powiew świeżości w koncepcji brzmienia i komponowania. Mimo „odczłowieczonych” dźwięków przenoszących muzykę w rejony mechaniczności i sekwencyjności – syntezatory symbolizowały postęp i rozwój technologiczny, które bardzo szybko dotarły do świata dźwięku. Zjawisko miało charakter błyskawiczny i zaraz po tym, jak dopadło muzykę rockową i popową, spowodowało powstanie nowego gatunku muzyki – elektro.

Na początku lat 90-tych syntezatory były już integralnym elementem muzycznego krajobrazu, czymś powszechnym w tworzeniu i myśleniu o muzyce. Gigantyczną rolę zaczęły przejmować komputery, które nie tylko pomagały zmienić warunki komponowania i aranżowania utworów. Poprzez całe systemy wtyczek zawierały one symulacje brzmień niemal wszystkich instrumentów. W pewnym sensie ułatwiało to pracę producencką – można było przecież zagrać na skrzypcach, nie posiadając skrzypiec ani nie zatrudniając skrzypka. Komputer ze swoimi możliwościami postprodukcyjnymi zawładnął światem muzycznym. Zespół Kraftwerk jako ojcowie elektroniki szybko stali się mega-gwiazdami. W 1992 r. Aphex Twin wydał swoje Selected Ambient Works. Wszystko zaczynało brzmieć zupełnie inaczej. Lata 90-te i początek XXI w. charakteryzowała nowa fala R’n’B i hip-hopu, w których niemal cała warstwa rytmiczna tworzona i aranżowana była na komputerach.

Wspólnym mianownikiem dla wszystkich tych zjawisk było stopniowe dążenie do tego, aby maszyna zastąpiła żywy instrument. Ewolucja w tym zakresie ma niesamowity przebieg i z dzisiejszego punktu widzenia można stwierdzić, że tzw. „próbki” brzmieniowe nagrywane w najlepszych studiach, na najlepszych instrumentach i przez najlepszych muzyków umożliwiają napisanie muzyki na komputerze z jakością i charakterem porównywalnymi do „żywych” nagrań rejestrowanych w studiu w czasie rzeczywistym.

Od kilkunastu lat w muzyce ma miejsce jednak równoległy nurt, który polega na czymś zupełnie przeciwnym. Duża grupa muzyków-instrumentalistów zainspirowanych elektroniką i możliwościami brzmieniowymi jakie dają komputery zaczęła eksperymentować z przełożeniem typowo elektronicznych brzmień na żywe instrumenty. Kilkanaście lat temu w Nowym Jorku zainaugurowana została impreza klubowa o nazwie „Prohibited Beats”. Była to nocna impreza taneczna w stylu drum’n’bass z tym, że zamiast DJ-a na scenie występował prawdziwy zespół. Pomysłodawcą był genialny perkusista Jojo Mayer, który zainspirowany europejską sceną klubową przeniósł tę fascynację do Nowego Jorku i postanowił przełożyć na język żywych bębnów, żywego basu i instrumentów klawiszowych. Są to początki zespołu Nerve, który do dziś grając tylko na żywo i tylko w trio porusza się w stylistykach techno, drum’n’bass czy ambient.

Ta fala rozwija się w niesamowitym tempie. Basiści mają dziś często rozbudowany arsenał efektów (kiedyś kojarzony tylko z gitarzystami) pozwalających im brzmieć jak połączenie syntezatorowych niskich tonów z komputerowym, przefiltrowanym wrzaskiem. Perkusiści modyfikują brzmienie swoich akustycznych zestawów tak, by żywy werbel zabrzmiał jak elektronicznie wyprodukowane uderzenie, a stopa nabrała house’owego powietrza. Gitarzyści korzystając z doświadczeń post-rockowych coraz częściej nie brzmią już dziś jak gitarzyści.

Obserwuję te wymijające się nurty z niezmienną fascynacją. Z niemniejszym zaangażowaniem sam biorę udział w tym zjawisku. Elektronika zmierzająca do udawania żywego brzmienia i żywe brzmienie dążące do symulacji elektroniki to być może jeden z największych paradoksów, z jakimi muzyce przyszło się zmierzyć. Mam wrażenie, że póki co każda ze stron wychodzi obronną ręką. Muzyka korzysta na tym oczywiście najbardziej. W swój charakter ma bowiem wpisane poszerzanie horyzontów, rozwój i eksperyment. Właściwie każdego dnia dzieje się całe mnóstwo nowych i ciekawych zjawisk.

Z tej perspektywy rzeczywiście najlepiej jest postrzegać historię (w tym historię muzyki właśnie) jako zbiór paradoksów i absurdów.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017