Jak Zachód „wychowuje” młodych – relacja z pobytów zagranicznych dawnej studentki SGH

24.04.2017 5 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Moją refleksją wyniesioną z podróży i uczestniczenia w projektach za granicą było to, iż w edukacji nie chodzi – w każdym razie tak do końca – o zdobywanie wiedzy, wyprzedzanie innych i skrajny indywidualizm, bo sami jesteśmy w stanie bardzo mało osiągnąć. W każdym społeczeństwie najważniejszą rzeczą jest wychowanie, tzn. jak traktujemy innych, ale też czy potrafimy współpracować, dzielić się pomysłami, czy się nie boimy realizacji własnych celów?

 

Tworzenie własnego świata

Uczelnie działają jak „klastry” i powinny tworzyć klimat przedsiębiorczości, współpracy, synergii wspaniałych projektów, ale także życzliwości, tolerancji, zgody, wzajemności i otwartości. Wszystko to eliminuje tzw. szkodliwy kontekst społeczny, czyli izolowanie się klas lub środowisk danej profesji, a nawet rozluźnienie więzów rodzinnych. Znakiem współczesności są przecież rozbite rodziny, które coraz rzadziej wychowują i uczą, i nie wpajają żadnych wartości.

Okazuje się, że to przed czym ostrzegał Durkheim, że rewolucja przemysłowa (produkcja masowa), rozwój nowych technologii odczłowieczy nas i wyalienuje okazuje się nieprawdą. Kapitał społeczny czy też „dobro publiczne” można tworzyć na różne sposoby. Celem młodych, rozczarowanych autorytetem dorosłych, jest często tworzenie lub „projektowanie” swojego własnego świata. W przeciwnym razie „ktoś inny stworzy go za nich”. Wielu studentów podróżuje, szuka nowych znajomości, zbiera cenne doświadczenia. Coraz mniej ludzi identyfikuje się też z projektem kapitalizmu (indywidualizmu) lub komunizmu (socjalizmu), bo oba te systemy rozczarowały. W Polsce ten trend dopiero kiełkuje, ale skąd ta refleksja?

Pobyt w Niemczech

Gdy była studentką zaproszono mnie do spotkania młodych z Niemiec, Austrii, Czech, Słowacji i Polski. Dwutygodniowy wypad wakacyjny był zorganizowany prawie bezkosztowo dla uczestników w pokomunistycznym ośrodku w lasach pod Berlinem. W czasie pobytu realizowaliśmy projekt, w którym młodzi Europejczycy mogli porozmawiać o problemach społecznych, takich jak wykluczenie, alkoholizm, narkomania, ale także o wspólnych wartościach, integracji europejskiej, a nawet trudnej, wspólnie dzielonej historii sąsiedzkiej. Jedną z najciekawszych aktywności była dla mnie wizyta w muzeum Łużyczan w Cottbus (pl. Chociebuż) -Słowian, którzy zajmowali dawniej te tereny, ale ulegli asymilacji. Pani przewodnik mówiła do nas w języku Łużyczan. Co ciekawe, nie jest już on w użyciu, choć jeszcze do niedawna w języku łużyckim wydawano książki. Lokalna ludność zdaje się być nawet dumna z dawnych obyczajów, które świętuje co roku. Niemcy ubrani w słowiańskie stroje i uczestniczący w wiejskich zawodach to atrakcja dla mieszkańców całego miasteczka. Język łużycki to mix czeskiego z polskim, co sami sprawdziliśmy. Była też fotka dla lokalnej gazety o wizycie sąsiadów, co było po prostu miłe, choć pewnie większość z nas czuła się zafrasowana.

Osobą prowadzącą nasz projekt była dziewczyna z dredami. Zresztą Niemcy byli dość oryginalni. Uwielbiali starą i dobrą polską muzykę, jak np. Whisky moja żono, byli też na Woodstocku. Uczyli nas segregowania śmieci i mycia naczyń bez detergentów, np. piaskiem.

Czesi byli zaś najbardziej roześmianą społecznością wyjazdu. Dla młodej osoby, ekonomistki z SGH, takie spotkanie to zupełnie inna bajka. Mieliśmy też wizyty, np. jeden ze starszych aktywistów ruchu robotniczego mógł przyjść i opowiedzieć o swoim rozczarowaniu tzw. „Trzecią drogą”, w skrócie projektem politycznym gospodarki społecznej w Niemczech. Pokazał nam też na adapterze stare zdjęcia, obrazujące dawne zmagania o lepsze prawa dla pracowników przemysłowych. Ciekawe były także wypady do Berlina Wschodniego i oglądanie czeskich filmów z okazji wieczoru kulturowego naszych południowych sąsiadów.

Zwiedziliśmy także ośrodek ukryty głębiej w lesie, dawniej rekreacyjny, obecnie oddany przez miasto w użytkowanie. Osobom młodym. Wszystko pod warunkiem zakazu używania w czasie pobytu alkoholu i innych używek. Chodziło o to, by osoby z problemami rodzinnymi miały się gdzie „schronić”, a nawet powiedzmy budować jakąś „wspólnotę wsparcia” wraz z rówieśnikami i gośćmi ośrodka.

Ekologiczni Niemcy pokazywali nam jak uzyskują energię elektryczną poprzez własnoręcznie skonstruowane urządzenia. Remont i wyposażenie ośrodka (wiele mebli w dość dobrym stanie można było pozyskać za darmo) także leżał w dobrowolnej gestii „gości” i mieszkańców. Polacy zwiedzający te wieloletnią, podupadającą już nieruchomość byli zszokowani. Mówili: jak to? Mogą mieszkać tam za darmo? Bez pracy? Państwo dało za darmo? W domyśle już słyszałam nalepkę: „darmozjady”, „obiboki do pracy!”.

Jeśli zastanowimy się nad tym trochę głębiej, to okaże się, że taki ośrodek właściwie nic nie kosztuje. Czy ktoś kupił by obiekt zlokalizowany w takim miejscu, w środku lasu? Czy jest on atrakcyjny? Prawdopodobnie zniszczałby doszczętnie, a tak (wiem, że narażę się teraz części czytelników) to właśnie państwo zaoszczędziło na organizacji wsparcia dla ludzi w potrzebie. Nie jakiejś patologii, po prostu osób, które w pewnym momencie życia być może potrzebują wspólnoty, miejsca w którym mogą odpocząć, a nawet nawiązać współpracę, uzyskać informacje o działalności społecznej. Być może to oni lepiej do tego nadają, niż osoby nastawione czysto na zysk. Przecież działalność społeczna to nie do końca zawód, ale też powołanie.

Spotkania młodych Europejczyków w Cluny

Innym moim doświadczeniem wyniesionym tym razem z Francji, był pobyt na uniwersytecie letnim w Cluny. Mieszkaliśmy w zamku zaadoptowanym na potrzeby akademika. W wybrane dni był on otwarty dla zwiedzających. Dwutygodniowe spotkania młodych Europejczyków odbywają się tam w lecie co roku. Koszt to tylko własny dojazd i niewielka kwota, której wysokość zależy od zamożności kraju pochodzenia. Osobami prowadzącymi byli głównie szacowni nauczyciele, zaproszeni prelegenci, ale w ostatni wieczór zapraszano (jak co roku) także mieszkańców miasteczka, by mogli porozmawiać z młodymi i starszymi o sprawach wielkiej wagi, czyli przyszłości Europy. Uczestniczyliśmy także w różnego typu eventach miasteczka. Przede wszystkim braliśmy udział w całodziennych konferencjach i zajęciach. Można było np. podjąć projekt realizacji filmu, piosenki, rozwoju strony internetowej organizacji. Odbyła się nawet symulacja posiedzenia Parlamentu Europejskiego i głosowanie, na którym Francuzi ostentacyjnie opuścili obrady. Ja reprezentowałam dumnie Holandię. Wcześniej otrzymałam kartkę z opisem kraju i jego interesów, kultury i sytuacji politycznej. Z ciekawości zerknęłam także na opis Polski i okazało się, że rzeczywiście francuska organizacja posiada sporą wiedzę, dość chyba trudną do zdobycia na poziomie profesorów uczących ogólnych przedmiotów. To co wyróżnia Francuzów, to moim zdaniem zaangażowanie ludzi starszych w życie społeczności i w politykę, często widziałam małżeństwa 70-latków uczestniczących w konferencjach i robiących notatki dla lokalnych gazetek.

Jak odważyć się na zorganizowanie projektu społecznego?

Wiadomość o tych dwu wyjazdach otrzymałam na mojej uczelni dzięki zwykłej liście mailingowej. Potem także udostępniałam posta o uniwersytecie w Cluny dla kolejnego pokolenia studentów. Jak odważyć się na zorganizowanie projektu społecznego? Po pierwsze należy mieć dobry projekt, pomysły na zaangażowanie studentów w dyskusję, refleksję. Po drugie należy zdobyć współpracowników, bo istnieje spora pula środków finansowych, po które można sięgnąć w ramach różnych programów krajowych i europejskich. Mam nadzieję, że choć w części opisane przeze mnie doświadczenia zachęcą do organizowania spotkań promujących „wartości społeczne”. Bliska rozmowa, wymiana doświadczeń i wspólne celebrowanie kultury to chyba pierwszy krok do prawdziwej edukacji społecznej.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017