Z wewnętrznej potrzeby

31.08.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Michał Anioł skończywszy ostatnie poprawki na ogromnym Sądzie Ostatecznym wychodzi z Kaplicy Sykstyńskiej i udaje się na spacer wzdłuż watykańskich ulic. Jego myśli błądzą jeszcze wokół detali umieszczonych na fresku, gdy spotyka na swej drodze mężczyznę. Ten z pogardą wypomina mu, że jest beznadziejnie łasy na pieniądze, i że przy jego talencie mógłby zająć się prawdziwą sztuką zamiast zleceniami papieża. W tym samym czasie tuż obok Kaplicy Sykstyńskiej pracuje zresztą inny malarz. Niby artysta, ale jednak sprzedajny gnojek. Mówią na niego Rafael. Kończy właśnie Szkołę Ateńską. Chałtura, jedna z wielu…

 

Współczesne problemy odbioru wielu wykonywanych na zlecenie poczynań artystów – przełożone na inne realia, a przede wszystkim na inne nazwiska – wyglądają i brzmią dość dziwnie i zabawnie. Niemniej jednak poprzez ten rozsypany worek absurdów można pokazać pewien istotny, z mojej perspektywy, problem. Zasadza się on na nie do końca zrozumiałym i niedopowiedzianym założeniu, że artyści działający z miłości do sztuki nie powinni martwić się o swój stan materialny. Wspomniana miłość do sztuki wypełniać bowiem powinna właściwie wszystkie zapotrzebowania twórcy. Potrzeba ducha jako oczywisty motywator do kreowania  czegokolwiek zamyka temat. Dla potencjalnych odbiorców sztuki nie istnieje to, co wcześniej i później. Jest tylko moment tworzenia.

Odpowiedzią na tego typu postawę i poglądy było słynne zdjęcie Zbigniewa Libery z napisanym na kartce zdaniem: „JESTEM ARTYSTĄ ALE TO NIE ZNACZY ŻE PRACUJĘ ZA DARMO”. To hasło wiele mówiło (i mówi do dziś) o problemach, z jakimi stykają się twórcy. Duża część społeczeństwa wydaje się być często zaskoczona, że muszą oni zapłacić rachunki, kupić sobie coś na obiad etc. Przecież twórcy piszą wiersze, malują obrazy i grają muzykę… Jakie rachunki? Jakie pieniądze? Tym gościom z instrumentami to się w głowach poprzewracało. Nie dość, że siedzą i nic nie robią poza graniem piosenek to jeszcze kasę chcą zarabiać. PRAWDZIWYM artystą (uwaga: bardzo ważna kategoria) był van Gogh. Malował, malował i wciąż był nieszczęśliwy i skrajnie biedny. Ale za to jak pięknie malował! To był prawdziwy artysta…

Pewnego rodzaju dysonans pojawia się w momencie, w którym twórca nie dość, że żyje z tego, że jest twórcą, to jeszcze żyje całkiem nieźle… Fakt, że ktoś płaci poecie, rzeźbiarzowi czy pianiście za ich robotę jest zadziwiająco zadziwiający! Czasami rzeczywiście zdarza się, że ów rzeźbiarz nie musi od poniedziałku do piątku robić na kasie w supermarkecie, aby móc pozwolić sobie na wykonanie kolejnej rzeźby. Wszelkiego rodzaju zamówienia czy zlecenia (zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego) potrafią rozwiązać sporo problemów tego rodzaju… No ale znów – rzeźba na zamówienie? Obraz na zamówienie? A gdzie podziały się twórcze ideały, potrzeba ducha? Zamiast nich jest sztuka za pieniądze, czyli zwyczajna prostytucja…

Biedny Wolfgang Amadeusz Mozart… Większość swoich wybitnych dzieł wykonał na zamówienie rodziny cesarskiej bądź arystokratów. Co prawda jego opery, koncerty czy symfonie należą do klasyki gatunku, jednak wykonanie ich na zamówienie w oczach wielu pewnie przekreśla ten dorobek. Wszak Mozart jak mało który artysta wykazywał się mentalnością „prostytutki”.

Wszyscy na pewno kojarzą logo lizaków Chupa Chups. Te czerwone zawijasy zostały stworzone na zamówienie firmy przez znanego i lubianego Salvadora Dali. Pusty zarabiacz pieniędzy… Chociaż piszą o nim, że tworzył surrealizm i określają go mianem „geniusza”, ale to pewnie przesada. I tak nikt nie rozumie jego obrazów, a poza tym był ponoć bardzo bogaty.

Jedną z największych artystycznych „prostytutek” przełomu XIX i XX w. był Alfons Mucha. Tworzył genialnie, jego styl jest rozpoznawalny od pierwszego spojrzenia… Pechowo jednak zajmował się w dużej mierze tworzeniem plakatów reklamowych, kalendarzy, okładek czasopism i etykiet na czekolady czy szampany.

Tego typu przykłady można mnożyć. Czy rzeczywiście twórca, który wykonuje jakieś dzieło na zamówienie, a nie z wewnętrznej potrzeby automatycznie staje się uosobieniem sprzedajności? Czy wybitny obraz, bądź wybitne dzieło muzyczne nie zasługuje na miano „sztuki” tylko dlatego, że ktoś postanowił za nie zapłacić jakąś sumę pieniędzy? A co na to wszystko zaangażowani i pełni wzniosłych idei pracownicy agencji marketingowych? Ich życie nie składa się przecież jedynie z pracy nad ambitnymi i wymagającymi intelektualnie projektami takimi jak kampania wyborcza albo społeczna… Oni też przysiadają nad reklamami parówek, bo za to dostaną swoją pensję. Kadry urzędnicze wylewające się oknami wszelkich instytucji to całe masy ludzi z wypisanymi na czole wartościami przyświecającymi ich pracy. Dla nich również pensja jest przecież jedynie mało istotnym dodatkiem to samorealizacji.

Chyba warto wyluzować z tymi „prostytutkami” i wszelkimi konstruktywnymi ocenami tego pokroju. Będzie się lepiej tworzyło, będzie się lepiej zarabiało. I podziwiać to wszystko też będzie lepiej.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017