Wyznanie miłości

27.07.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

flickr.com

Ćwiczył godzinami, szczególnie w ostatnim okresie życia. Dążył wówczas do Boga, oddawał się duchowym i muzycznym medytacjom. Zrywał właściwie ze wszystkim, z czym tylko mógł zerwać tworząc nową muzykę i nowe życie. Droga, którą przebył artystycznie i życiowo John Coltrane warta jest przypomnienia i uwagi. Szczególnie w 50-tą rocznicę śmierci wybitnego saksofonisty.

 

Pamiętam, że mając jakieś 14 lat w moje ręce trafiła płyta My Favourite Things – jeden z najsłynniejszych albumów Trane’a. Niewiele wówczas rozumiałem z harmonii granych przez McCoya Tynera i zupełnie nieintuicyjnego dla mnie w tamtym czasie rytmu Elvina Jonesa. Nie zdawałem sobie sprawy z logiki budowania melodii przez Coltrane’a. Jednak było w tej muzyce coś tak hipnotyzującego, że nie mogłem oderwać się od niej właściwie przez cały okres gimnazjum. Brzmienie sopranowego saksofonu, często tak przeszywające i krzykliwe niosło ze sobą jakiś przekaz i ogrom emocji. Fortepian, który nie przestawał budować niepokoju zarówno w partiach akompaniujących, jak i solowych. Wreszcie trans, w który wprowadzała sekcja rytmiczna – nieokiełznana, a jednak tak precyzyjnie grająca „ze sobą”. My Favourite Things to „mój pierwszy jazz”, moja inicjacja – dlatego też Coltrane zawsze pozostanie dla mnie artystą wyjątkowym.

Muzyka Johna Coltrane’a to coś zdecydowanie więcej niż sama nalepka „jazz”. Jego dyskografia oprócz swoistego historycznego zapisu inspiracji i poszukiwań saksofonisty jest też bardzo dobrym spojrzeniem na historię gatunku. Trane nie tylko nagrywał kolejne albumy idąc z duchem czasu i podkreślając w najlepszym stylu obowiązujące wówczas trendy, ale również sam te trendy kreował. Nigdy nie podzielałem opinii, że tylko Miles Davis wytyczał nowe ścieżki w jazzie. Oczywiście, Miles był niezrównanym kreatorem i wizjonerem. Jednak istnieje też sporo jazzu „poza Milesem”. Coltrane, który tworzył legendarny pierwszy kwintet Davisa pozostawał pod wpływem tego drugiego przez jakiś czas. Jednak szybko znalazł swój własny język i swoje własne brzmienie. Nagrania Trane’a to początkowo wyraźna droga od bebopu do jazzu modalnego (ta ścieżka osiągnęła zresztą swoje apogeum właśnie na My Favourite Things). Potem nastąpił zwrot w kierunku free jazzu. Coltrane zachwycony nową falą free podążył za nią natychmiastowo (podobno po wysłuchaniu albumu Free Jazz Ornette’a Colemana). Sam osiągnął rewelacyjne efekty w swojej pracy nad tą stylistyką. Płyta Ascension była przykładem siły tkwiącej w kolektywnym, zespołowym graniu – bez ustalonych reguł, bez formy i struktur. Jako kanon w tej dziedzinie, ale także jako jedno z najlepszych nagrań w historii jazzu uznawany jest album A Love Supreme.

To właśnie na tej płycie wg wielu Coltrane osiągnął szczyt artystyczny. Swoiste retrospektywne spojrzenie na swoje własne nawrócenie duchowe jest jednym z niewielu concept-albumów w muzyce jazzowej. Trane, który od paru już lat podążał duchową ścieżką, która pozwoliła mu zerwać z nałogiem heroinowym – wyznał miłość Bogu, który obok doskonalenia gry na saksofonie był najważniejszą rzeczą w jego życiu. A Love Supreme jest wyznaniem duchowym, jak i wyznaniem artystycznym. Album zawiera jedną kompozycję, podzieloną na cztery części. Stanowi on zresztą początek kolejnej drogi, jaką muzyk pokonał – tym razem podążając z całym free-jazzowym bagażem w stronę muzyki spirytualistycznej.

Duchowe poszukiwania Coltrene’a wytyczyły bardzo interesujący kierunek w muzyce improwizowanej. Czytałem kiedyś relację jednego ze współpracowników saksofonisty. Opisywał on, że ćwiczenia Trane’a przypominały swoiste seanse spirytystyczne. Muzyk oddawał się instrumentowi w pełni, podczas ćwiczeń rozpoczynał wielogodzinne improwizacje, które miały ułatwiać mu kontakt z absolutem. Ta transcendentalna otoczka ostatnich dokonań i ostatnich lat życia Coltrane’a może brzmieć dziś trochę jak tania „zajawka” twórczości nawiedzonego artysty… Ale w przypadku spirytualistycznych nagrań Trane’a jest inaczej. Oprócz dużej dawki chaotycznych, nieco kakofonicznych improwizacji jest tam mnóstwo emocji i rzeczywiście niepowtarzalnej energii. Jest przy tym to, co z free-jazzowych wariacji czyni jednak bardzo spójną, wręcz konceptualną twórczość – warsztat i ogromne doświadczenie wynikające po prostu z grania jazzu na przestrzeni jego kolejnych faz rozwoju. Ten przywilej mogli i nadal mogą mieć tylko ci najwięksi. Tak jak Trane, który nie dość, że brał udział w kolejnych zakrętach w historii jazzu, to jeszcze sam je prowokował. W tych jazzowych medytacjach, modlitwach (często przybierających formę rozpaczliwych wrzasków) jest więc o wiele więcej muzyki, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut ucha.

To jedna z najciekawszych biografii w historii jazzu. Do tego jest to jedna z najwspanialszych i największych podróży artystycznych w historii muzyki improwizowanej. To historia zrywania z tradycją, z harmonią, zrywania z formą, którą narzucała muzyka. Jestem przekonany, że warto odbyć tę podróż z Coltrane’em – aby poznać trochę jazzu, aby poznać trochę artystę, i aby spróbować usłyszeć te wszystkie rzeczy, które legendarny saksofonista opowiadał dźwiękami. Warto, szczególnie 50 lat po jego śmierci, kiedy usłyszymy, jak wiele zostało dziś w muzyce po Coltran’ie, i jak bardzo jego muzyka jest odporna na upływ czasu.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017