Wyjątkowy debiutant – Union Berlin w Bundeslidze

04.06.2019 5 minuty na przeczytanie artykułu

Najwyższa klasa rozgrywkowa w Niemczech poszerzyła się o kolejny zespół piłkarski ze stolicy. W przyszłym sezonie w Bundeslidze zobaczymy Union Berlin, klub z bardzo ciekawą historią, wiernymi kibicami i polskim bramkarzem.

 

Piłkarze Ursa Fischera pełni nadziei oczekiwali na rewanż z VfB Stuttgart. Remis 2:2 na wyjeździe sprawiał, że Żelazna Unia była w korzystniejszej sytuacji przed drugim spotkaniem. Zawodnicy musieli zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nich spoczywała. Stanęli przed niepowtarzalną szansą, by na stałe zapisać się w historii klubu. Upragniony awans był na wyciągnięcie ręki. Stwierdzenie, że Union Berlin nigdy nie występował w najwyższej niemieckiej klasie rozgrywkowej, byłoby pewnym przekłamaniem. Klub ze stolicy nigdy nie grał w Bundeslidze, ale wiele lat temu reprezentował DDR-Oberligę – pierwszą piłkarską klasę drużyn NRD. Na drodze do celu czekała już tylko jedna przeszkoda. I to nie byle jaka – pięciokrotny mistrz Niemiec VfB Stuttgart. I choć blask tej drużyny w ostatnich latach przygasł, sama marka mogła robić pewne wrażenie. Zespół z Badenii-Wirtembergii kilkukrotnie próbował pokonać strzegącego bramki berlińczyków Rafała Gikiewicza, jednak bez rezultatu. Bezbramkowy remis oznaczał, że to Union Berlin pierwszy raz w historii zagra w Bundeslidze. Mógł zapewnić sobie bezpośredni awans, ale w ostatnim spotkaniu ligowym pechowo zremisował w Bochum 2:2. Tym samym zafundował kibicom dreszczowiec w postaci meczów barażowych. Polski bramkarz potwierdził tylko, że był bezapelacyjnie najlepszym zawodnikiem na swojej pozycji w niemieckiej drugiej klasie rozgrywkowej w minionym sezonie. Wystąpił we wszystkich trzydziestu czterech kolejkach, wpuszczając trzydzieści trzy gole. Najmniej w całej 2. Bundeslidze. Dla porównania, drugi pod tym względem był zespół HSV, który stracił czterdzieści dwie bramki. Co ciekawe, hamburczycy zajęli pechowe czwarte miejsce z punktem straty do trzeciego Unionu i tym samym ponownie nie zobaczymy ich w Bundeslidze. Żelaźni będą piątym klubem z dawnego NRD występującym w najwyższej klasie rozgrywkowej w historii, a pięćdziesiątym szóstym w ogóle. Przed nimi reprezentantami enerdowskich klubów w Bundeslidze byli VfB Lipsk, Hansa Rostock, Energie Cottbus i Dynamo Drezno.

Historia z polityką w tle

Początków klubu należy szukać na początku XX wieku, gdy w 1906 roku utworzono zespół pod nazwą FC Olympia 06 Oberschoenweide. Od tamtego czasu przechodził wiele przekształceń, zmian, rozwiązań i reaktywacji, a pod znaną dziś nazwą zaczął występować regularnie równo sześćdziesiąt lat później. Stanowił niejako przeciwwagę dla Berliner Dynamo FC – klubu faworyzowanego przez wschodnioniemiecką służbę bezpieczeństwa Stasi, na której czele stał Erich Mielke. Nie dziwi więc, że mając takie wsparcie, Dynamo dosłownie zdominowało piłkarskie rozgrywki w NRD, zdobywając tytuły mistrzowskie dziesięć lat z rzędu, w latach 1979–1988. W poprzednich dekadach berlińczycy również nie mieli zbyt wiele szczęścia na krajowym podwórku. Mieli za to co innego: wiernych i oddanych kibiców, którzy od początku zajmowali bardzo ważne miejsce w oczach włodarzy zespołu z Berlina. Mimo że w czasie istnienia NRD aż sześciokrotnie spadali z najwyższej klasy rozgrywkowej, ich mecze przyciągał na stadion więcej kibiców niż bardziej popularny, zachodnioberliński zespół Herthy.

Na skraju bankructwa

Zjednoczenie Niemiec w 1990 roku to początek słodko-gorzkiego okresu w historii Unionu. Klub miał bardzo duże problemy finansowe, utknął na trzecim poziomie rozgrywkowym, a w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych był nawet na skraju bankructwa. Wtedy też pomogli niezawodni sympatycy drużyny, którzy zorganizowali akcję, dzięki której Żelazna Unia wyszła z największych kłopotów. Krok po kroku berlińczycy odbudowywali się, by na początku XXI wieku, w roku 2001, pierwszy raz w historii awansować na zaplecze Bundesligi. W tym samym roku sprawili ogromną sensację, docierając do wielkiego finału Pucharu Niemiec, gdzie musieli ostatecznie uznać wyższość Schalke 04 Gelsenkirchen. Ten nieoczekiwany sukces sprawił, że Union mógł przystąpić do rozgrywek o Puchar UEFA. Spotkanie z europejskimi rozgrywkami nie trwało jednak zbyt długo. Union odpadł już w drugiej rundzie, przegrywając z łotewskim Liteksem Łowecz. Mimo to, zwiastowało to nadzieje na lepszą przyszłość. Jak miało się później okazać, na upragniony awans do Bundesligi kibicom przyszło czekać niespełna dwadzieścia lat…

Stadion w starym lesie

Union Berlin ma nie tylko wspaniałych kibiców. Wyjątkowy jest także obiekt, na którym zespół rozgrywa swoje mecze. Znajduje się w środku lasu, stąd też obiekt nazywany jest „starą leśniczówką”. I choć las może kojarzyć się z rodzinnymi wypadami, to tu piknikowej atmosfery się nie uświadczy. Na stadionie przeważają miejsca stojące, a liczne grono wiernych fanów dosłownie żyje każdym spotkaniem od początku do samego końca. Frekwencja na stadionie oscyluje wokół 20 000 widzów. Kibic to ktoś szczególny dla klubu. Tak było, jest i będzie. Trudno się dziwić, skoro to sympatycy drużyny w ostatnich latach wspierali ją w złych chwilach, stworzyli liczną grupę uczestniczącą w odbudowie stadionu, organizowali zbiórki. Możliwość bezpośredniego kontaktu z piłkarzami po końcowym gwizdku nie jest tu niczym niecodziennym. Panuje poczucie wspólnoty i zjednoczenia na rzecz ukochanego zespołu. To tu w okresie świątecznym kibice zbierają się, by śpiewać kolędy. Kiedy klub popadł w kolejne problemy finansowe, zorganizowali zbiórkę połączoną z akcją krwiodawstwa. Przed pięcioma laty, podczas mistrzostw świata w 2014 roku, kibice Unionu Berlin wspólnie przeżywali mundial. Jak? Przynieśli domowe kanapy na stadion, gdzie na specjalnie zorganizowanych telebimach obserwowali mecze turniejowe. Trudno o lepsze podsumowanie rodzinnej atmosfery.

Mocny polski punkt

Rafał Gikiewicz nie mógł przewidzieć takiego scenariusza. Po nieudanej przygodzie we Freiburgu pilnie potrzebował zmian. Teraz wraca do najwyższej klasy rozgrywkowej z podniesionym czołem. Cieszy nie tyko fakt, że w przyszłym sezonie zobaczymy kolejnego Polaka w Bundeslidze. Nasz rodak był nie tylko członkiem drużyny, która uzyskała awans, ale i jednym z głównych architektów sukcesu. Czternaście czystych kont robi wrażenie. Dobre występy zaowocowały powołaniem do reprezentacji na czerwcowe mecze eliminacyjne w miejsce kontuzjowanego Wojciecha Szczęsnego. Jeszcze całkiem niedawno wielu kibiców byłoby ogromnie zaskoczonych taką nominacją. Dziś wybór ten wydaje się całkowicie uzasadniony.

Wielka niewiadoma

Debiutujący w rozgrywkach Bundesligi zespół Unionu ma z pewnością ogromną ochotę na to, by pozostać tam jak najdłużej. Zadanie to jednak nie będzie łatwe. Do poprawy jest całkiem sporo i żelazna defensywa może nie wystarczyć, by się utrzymać. O ile zespół prowadzony przez Ursa Fischera udowodnił, że potrafi skutecznie bronić, o tyle jego słabszym ogniwem jest z pewnością ofensywa. Z jednej strony berlińczycy byli drużyną, która przegrała najmniej spotkań w całym sezonie 2. Bundesligi. Żelaźni schodzili z boiska pokonani zaledwie pięć razy, a zwycięzca tegorocznych rozgrywek FC Koln – aż dziewięć. Gorzej sprawy się mają z siłą rażenia. Klub z Koepenick zremisował aż piętnaście meczów i strzelił zaledwie pięćdziesiąt cztery bramki. To słaby wynik, zważywszy, że piłkarze z Kolonii i Paderborn zdobyli odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia dwie bramki więcej. Bez względu na to jak zaprezentują się piłkarze ze „starej leśniczówki”, już teraz mogą być z siebie dumni. Spełnili marzenie wielu wiernych kibiców, którzy bez względu na problemy zewnętrzne i wewnętrzne nieustannie nawiedzające ich klub, pozostawali być z nim na dobre i na złe. A obserwując to, co dzieje się wokół Unionu w ostatnich latach, wydaje się, że może być tylko lepiej.

Kamil Kijanka