Wszędzie sztuka!

11.10.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Myślę, że większości wybitnych twórców, malarzy i grafików nawet nie przeszło przez myśl, że ich dzieła mogą mieć jakikolwiek inny charakter niż wystawowy czy użytkowy lub po prostu (dla nich) zarobkowy. Ciekawe jak duży szok by przeżyli, gdyby trafili do naszych czasów…

Społeczeństwo konsumenckie wychowane na obrazkach, krótkich przekazach, szumie informacyjnym i cheese’ach w McDonaldzie potrzebowało przecież prędzej czy później nabrać jakiegoś stosunku do szeroko pojętej sztuki. Potrzebowało w bardziej lub mniej wyrafinowany sposób określić się w jej kontekście. Sztuka wizualna (bo o takiej przede wszystkim traktuje mój wywód) na tyle szybko, na ile było to możliwe zyskała nowy wymiar. Wiązał się on i nadal wiąże (coraz ściślej) z designem, gadżetami i rzecz jasna z odzieżą. Nad tym wszystkim króluje jednak najważniejszy aspekt, czyli najzwyklejsza w świecie sprzedaż.

O wiele trudniej jest zarobić na sztuce sprzedając bilet do muzeum niż sprzedając ten sam bilet  i zaproponować gift-shop, w którym sprzedaż jest swobodnie kontynuowana. Kupimy koszulki, bluzy, parasolki, ołówki, zeszyty, magnesy, przypinki, kartki pocztowe większe, mniejsze, kalendarze i breloczki… Wszystko to z wizerunkiem obrazu, który mogliśmy podziwiać przed chwilą. Teraz możemy się w ten obraz dosłownie ubrać, a potem podziwiać go na naszej lodówce. Muzea przyjęły w tym kontekście po trosze rolę sklepików pamiątkowych na koncertach i całkiem nieźle im to wychodzi. Zresztą to nic dziwnego.

Wizerunek Mona Lizy, Wolności wiodącej lud na barykady, Munchowskiego Krzyku itd. są bardzo często odbierane jako cool (no nie wiem…), albo jako po prostu coś estetycznego (to już prędzej, nawet jeśli jest nieco kiczowato – sam występuję ostatnio w bluzie z Pocałunkiem Klimta). Sztuka jest bardzo silnym symbolem, podobnie jak wizerunki gwiazd, logotypy firm, organizacji i – co już bardzo dosłowne – wypisane hasła. Koszulka z kreskami Picassa może nam sporo powiedzieć. To taki sam komunikat jak wąsy Freddie’ego Mercury’ego, okładka Dark Side Of the Moon, logo Starbucksa albo napis „legalize it”. Dostrzegłbym tu zatem istotny element podkreślający tożsamość. Może tak być, choć nie musi.

Idźmy bowiem dalej: o wiele trudniej jest sprzedać bilet do muzeum, w którym obejrzymy grafikę Warhola, niż sprzedać koszulkę z tą grafiką ale bez konieczności łażenia po salach wystawowych. To jest właśnie powód, dla którego sztuka staje się bardzo prędko samym wizerunkiem, obrazkiem pozbawionym kontekstu. Uwalnia się z muzealnych ram, a nawet muzealnych sklepików i wędruje do setek tysięcy sklepów ot tak po prostu. Dlatego też nie jestem przekonany o pełnej świadomości wszystkich ludzi dumnie paradujących we wcześniej przytoczonych koszulkach z obrazami Picassa. Tak, jak nie należy być przekonanym o głębokiej znajomości twórczości Pink Floyd wśród wszystkich tych, którzy ubierają czarne koszulki z pryzmatem na klacie, kupione na przecenie w C&A. Sztuka uwolniła się z ram i kontekstów na tyle mocno, że możemy dziś kupić całe tony pamiątek z obrazami Alfonsa Muchy np. w Wiedniu, z którym to Mucha nie ma nic wspólnego. W kontrze do tego ze stolicy Austrii wyrwał się zakorzeniony tam Mozart, którego podobizna widoczna jest w souvenir shopach niemal w całej Europie. Gustav Klimt z racji charakteru swoich prac jest dużo częstszym bywalcem sklepów z porcelaną, niż galerii sztuki. A The Velvet Underground to przede wszystkim banan z koszulek i kubków, a nie ich muzyka. Przy tej okazji warto zauważyć, że Andy Warhol był jednym z tych, którzy idealnie wpasowali się w nurt uprzedmiotowienia sztuki, jeśli mogę to tak górnolotnie nazwać. Jest to fascynujące tym bardziej, że należy Warholowi oddać pełną świadomość, z jaką balansował na granicy sztuki i produktu.

Czy to wszystko źle? Absolutnie nie! Nawet jeśli z powyższych akapitów pobrzmiewa nieco drwiący ton to nie oznacza on załamania albo wizji końca świata. Nie ma na co się obrażać i z czym walczyć. Może i nastawienie na sprzedaż pewnych motywów, zamiast skupienia się na aspekcie poznawczym i bardziej duchowym nie jest zjawiskiem szczególnie napawającym dumą… Ale nie musi to oznaczać od razu, że nagle wszyscy staniemy się bezmyślnymi konsumentami trzymającymi w szafie i na lodówce obrazy z Luwru i nie wiedzącymi przy okazji co to jest Luwr. Bunt przeciwko profanacji sztuki nie jest zbyt poważny. Jeśli mielibyśmy się załamać dlatego, że ktoś nosi plecak z Rembrandtem, to cóż mają powiedzieć zagorzali katolicy o Jezusie Chrystusie, Matce Boskiej i kolejnych papieżach – ikonach popkultury?

Poza taniochą i tandetą (też czasem jej ulegam, nie wiem co wtedy sobie myślę) można znaleźć naprawdę sporo dobrego. Trzeba tylko trochę poszukać, a jeśli się przy okazji coś przeczyta, coś zobaczy – to tym lepiej.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017