Wszechobecna bańka

21.05.2020 6 minuty na przeczytanie artykułu

Kid earning money for future

„Chciwość jest dobra” mówi Gordon Gekko ustami Michaela Douglasa w kultowym „Wall Street” z 1987 roku. Słysząc to, Warren Buffet zaapelowałby pewnie, żeby „bać się, gdy inni są chciwi, i być chciwym, gdy inni się boją”.

Gorączce inwestowania w przewartościowane aktywa uległ nawet jeden z najtęższych umysłów w dziejach Isaac Newton, co kosztowało go utratę 2 mln dzisiejszych dolarów. Miał wówczas stwierdzić: „Umiem obliczać ruchy ciał niebieskich, ale nie potrafię ocenić siły ludzkiego szaleństwa”.

Bańka jest to zjawisko polegające na gwałtownym wzroście cen danego aktywa albo grupy aktywów znacznie powyżej ich realnej wartości. Wyróżnić można ich dwa typy – te widoczne „gołym okiem” oraz te trudno dostrzegalne w czasie rzeczywistym.

Pierwszy związany jest z nową technologią, kiedy trudno jest wycenić jego realną wartość i określić stopień, w jakim zrewolucjonizuje świat, a mimo tego występuje istna mania inwestowania w tego typu aktywa (na przykład bańka na rynku akcji spółek technologicznych z końca lat 90.). Taki balon faktycznie trudno dostrzec.

Drugi typ to bańki spowodowane ekspansją kredytową banków centralnych, w wyniku czego występuje dynamiczny wzrost wycen różnych aktywów, totalnie odbiegający od ich fundamentów ekonomicznych (na przykład bańka na rynku nieruchomości z początku XXI wieku). Bańki te łatwo zidentyfikować w czasie rzeczywistym.

Finansowy potwór z Jekyll Island

Bez wątpienia przedstawiona definicja nie przynosi chluby bankom centralnym, które – jak np. amerykański System Rezerwy Federalnej (potocznie FED) – w myśl założeń statutowych powinny strzec przed podobnymi zjawiskami, ponieważ odpowiadają za wzrost gospodarczy i stabilność cen. Tymczasem doświadczenia ostatnich lat pokazują dobitnie, że FED niczym mityczny demiurg swoimi działaniami kreuje bańki na niemal każdej grupie aktywów do tego stopnia, że można mówić o wszechobecnej bańce. Zanim wyjaśnię, jak zabrnęliśmy w ten ślepy zaułek, konieczny będzie rzut okiem na kilka najważniejszych wydarzeń z XX wieku, spoczywających u podstaw obecnego systemu finansowego, opierającego się na długu, oraz wyjaśnię, czym właściwie jest FED.

FED nie jest bankiem państwowym. Instytucji tej nie stworzył rząd USA, tylko wąskie grono przedstawicieli największych banków należących do Rockefellerów, Morganów, Rothschildów, Warburgów. Pomysł zaaprobowali podczas spotkania w 1910 roku w prywatnej bibliotece J. P. Morgana na Jekyll Island. Trzy lata później Kongres przegłosował ustawę, która uczyniła prywatny FED bankiem rządu Stanów Zjednoczonych, pozostawiwszy go jednak poza kontrolą tegoż rządu.

System Rezerwy Federalnej (unikano nazwy „bank centralny”, gdyż Stany Zjednoczone zdążyły posiąść już dwa banki centralne, które nie przetrwały zbyt długo) składa się z dwunastu regionalnych banków ulokowanych na całym terytorium kraju w: Bostonie, Nowym Jorku, Filadelfii, Cleveland, Richmond, Atlancie, Chicago, St. Louis, Minneapolis, Kansas City, Dallas i San Francisco. Każdy z nich posiada prezesa, jednak kluczowe decyzje podejmuje inne ciało. Jest nim Rada Gubernatorów złożona z siedmiu gubernatorów wybieranych przez FED. Z jej grona prezydent wybiera szefa FED-u. Jego głównym zadaniem jest zapewnienie płynności finansowej w systemie bankowym Stanów Zjednoczonych przez regulowanie podaży pieniądza za pomocą manipulacji stopami procentowymi. Od momentu powołania do życia Systemu Rezerwy Federalnej w 1913 roku siła nabywcza dolara zmalała o 96% (sic). Dolar był jeszcze wtedy całkowicie wymienialny na złoto, czyli każdy udający się do oddziału swojego banku miał prawo zażądać złota o wartości przyniesionych ze sobą banknotów. Do czasu…

Zapobiegawczy Roosevelt

Wielki Kryzys z 1929 spowodował run na banki, w efekcie czego padały one niczym muchy, ponieważ funkcjonowały w systemie rezerwy cząstkowej i nie były zdolne zaspokoić żądań klientów. Liczby bankructw liczono w tysiącach. W 1933 roku Franklin Delano Roosevelt postanowił, że należy coś z tym faktem zrobić, i rozpoczął proces odchodzenia od dolara opartego na kruszcu. Najpierw na cztery dni zamknięto banki, nie pozwoliwszy nikomu na wyjęcie swojego kapitału, by następnie za pomocą Rozporządzenia Wykonawczego 6102 (Executive Order 6102) zdelegalizować posiadanie złota przez Amerykanów pod groźbą dziesięciu lat więzienia lub grzywną w wysokości 10 tysięcy dolarów (była to równowartość ok. 185 tysięcy dzisiejszych dolarów). Obowiązujący kurs wymiany ustalono na 20,67 dolara za uncję złota. Co zaraz po tym zrobił Roosevelt? Podniósł cenę uncji złota do 35 dolarów i tym samym zdewaluował wartość dolara o 70%.

Rozrzutny Nixon

Najgorsze miało dopiero nadejść. Dolar technicznie rzecz ujmując wciąż był połączy ze złotem, choć jego posiadanie bez specjalnych licencji było zabronione. W 1971 roku Richard Nixon całkowicie zerwał link do złota. Roosevelt jest chwalony za swoje „osiągnięcie”, bo zwalczał głęboki kryzys. Nixon dokończył dzieła zniszczenia tylko ze względu na brak środków w budżecie, którymi w myśl filozofii Keynesa chciał stymulować gospodarkę poprzez np. wprowadzanie programów socjalnych i robót publicznych, aby zapewnić sobie wzrost poparcia przed nadchodzącą batalią o kolejną kadencję. Jak wiadomo jego plany spaliły na panewce przez aferę Watergate i to właśnie ten epizod w powszechnej opinii figuruje na szczycie mrocznych kart zapisanych przez prezydenta Nixona. Śmiem twierdzić, że niesłusznie.

Dług – wróg publiczny

Link do złota powstrzymywał FED przed nieograniczoną kreacją pieniądza i zadłużaniem bez umiaru. Kiedy dżin został uwolniony, na efekty nie trzeba było czekać zbyt długo. Niemal natychmiast ruszyła prasa drukarska. Dług zaczął przyrastać wykładniczo. Realną wartość, czyli złoto zastąpiono wiarą w to, że Stany Zjednoczone nie mogą zbankrutować. Rządowy dług zaciągany jest przez emisję obligacji, które FED mógł teraz skupować bez ograniczeń. Ekonomiści zaczęli przekonywać społeczeństwo, że to dobrze, bo dług umożliwi przyszły wzrost gospodarczy. Owszem, zadłużenie na rozsądnym poziomie, jeśli zostanie efektywnie spożytkowane, może działać prowzrostowo, ale po przekroczeniu pewnej bariery ciężar odsetek staje się zbyt przytłaczający, a to już hamulec rozwoju. Wystarczy wspomnieć, że jeszcze na samym początku lat 80. każdy dolar długu przekładał się na tyle samo wzrostu gospodarczego, a dziś jeden dolar zadłużenia generuje raptem 10-centowy wzrost.

Realną wartość dolara (czyli złoto) zastąpiono wiarą w to, że Stany Zjednoczone nie mogą zbankrutować.

Prym w zwiększaniu podaży pieniądza wiódł piastujący funkcję szefa FED-u przez niemal dwadzieścia lat (1987–2006) Alan Greenspan. Za Greenspana gospodarka amerykańska, która od 1929 do 1987 roku nie doświadczyła poważnej bańki na żadnej grupie aktywów, przeszła przez trzy bańki na trzech różnych grupach aktywów i każda z nich była bardzo poważna – zdolna wysadzić cały system.

Motyw wędrowny

Bańka na rynku spółek technologicznych indeksu NASDAQ, zwana bańką dot.com z lat 1994–2000 była niepozornym początkiem. Pozwolono wówczas, by tzw. „ulica” zaślepiona wiarą, że akcje związane z IT będą wiecznie rosnąć, obkupiła się w te aktywa, co doprowadziło do spadków gwałtowniejszych niż te z lat Wielkiego Kryzysu. Każde wzrosty, nawet najbardziej spektakularne, kiedyś w końcu się kończą. W tym przypadku NASDAQ stracił 72% w 12 miesięcy. Z rynku wyparowało 6 bilionów dolarów. Gospodarka pogrążyła się w recesji. Później modne stało się nabywanie nieruchomości przez ludzi, których na nie nie stać, co skończyło się silnym krachem.

Zwyczajowo FED w scenariuszu recesji powinien podnieść stopy procentowe. Tymczasem Greenspan w 2000 roku w 12 miesięcy zredukował je z 6,4 do 1,82%, co uczyniło pieniądz jeszcze tańszym, a kredyt jeszcze łatwiejszym. Analogicznie, lecz na jeszcze większą skalę, postąpił jego następca Ben Bernanke w przypadku bańki na rynku nieruchomości. Skąd taka panika, która doprowadziła do przekroczenia Finansowego Rubikonu? FED obawiał się deflacji korzystnej dla zwykłych zjadaczy chleba, lecz zabójczej dla systemu opartego na długu. Nawet jej niewielki powiew mógł doprowadzić do implozji całego tekturowego konstruktu.

FED obawiał się deflacji korzystnej dla zwykłych zjadaczy chleba, lecz zabójczej dla systemu opartego na długu.

Rozpoczęła się era seryjnych baniek, w której FED i rząd za pomocą rosnącego długu i karkołomnych regulacji prawnych przenoszą bańkę do coraz wyższej klasy aktywów – od akcji do nieruchomości aż po obligacje, czyli dług sam w sobie. Ekspozycję na rynek akcji posiada niemal połowa Amerykanów, jednak w przypadku większości z nich chodzi o fundusze emerytalne inwestujące w akcje. Realnymi ich posiadaczami jest raptem 21% gospodarstw domowych. Nieruchomości posiada niemal 60% Amerykanów. Tlen dla obecnego systemu stanowi rynek obligacji. Zatem bańka na obligacjach oznacza wszechobecną bańkę. Bańka na nieruchomościach, która pękła w 2008 roku, przyniosła już większe reperkusje niż bańka dot.com. Co przyniesie bańka na długu? Strach pomyśleć.

Autor: Bartłomiej Nersewicz

Po więcej artykułów wejdź na: ewydanie.gazetakoncept.pl