Ulica też gra (rolę)

29.08.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Karykaturzysta na Moście Karola, gitarzysta na krakowskim Rynku, żongler nieopodal Luwru, a może malarz u podnóża Akropolu. Wszyscy oni potrafią wpłynąć na nasze postrzeganie miejsc, w których jesteśmy. To duża rzecz. Wspaniałe brzmienie ludowego instrumentu albo salwy śmiechu na ulicznym pokazie kabaretowym sprawiają czasem, że czujemy się gdzieś po prostu dobrze.

 

Artyści uliczni to zjawisko stare jak świat. Bardzo często (i niesłusznie) postrzegamy tzw. „ulicznych grajków” jako gości, którym w życiu nie wyszło. Warto jednak pamiętać, że ulica jest jednym z najbardziej pierwotnych i tradycyjnych miejsc służących do wykonywania różnego rodzaju pokazów, popisów i koncertów. Niekoniecznie jest to ten „gorszy sort” artystów, niekoniecznie są to ci, którzy „już nie mają wyjścia”. Myślę, że ten punkt widzenia wynika z rozeznania tematu jedynie na gruncie warszawskim (o zgrozo!), a także na gruncie wielu miast w Polsce. Wystarczy jednak wychylić się troszeczkę poza granice kraju, aby dostrzec zdecydowanie inny obraz.

Sztuka uliczna to nie tylko rodzaj rozrywki dla turystów i mieszkańców. To także integralny element wielu wspaniałych miejsc na świecie. Spróbujmy wyobrazić sobie Most Karola w Pradze bez tamtejszych rysowników, zespołów dixielandowych, bez tego uroczego pana grającego na kieliszkach… Zostałyby oczywiście zjawiskowe rzeźby, ale nadal spacer po moście już nie byłby tym samym. Wyobraźmy sobie Place du Tertre bez tamtejszych malarzy. Czy widok paryskich knajpek pozbawiony tworzonych na żywo impresjonistycznych francuskich krajobrazów byłby równie fascynujący? Chyba nie.

Wiedeń promuje się od wielu lat jako „miasto muzyki”. Gdy w okresie letnim ruszymy z okolic Stephensplatz ulicą Kärtnerstrasse w kierunku Opery Wiedeńskiej – napotkamy na swojej drodze dziesiątki fenomenalnych występów solowych i małych zespołów. Wiele z nich wykonuje muzykę poważną, niekiedy na instrumentach dawnych. Jest to imponujące w takim samym stopniu, jak imponujące są tłumy słuchającego każdego z tych koncertów. Pamiętam, jak parę lat temu siedziałem na Kärtnerstrasse w otoczeniu kilkudziesięciu, może stu osób podziwiających koncert muzyki średniowiecznej i myślałem, że hasło „miasto muzyki” faktycznie ma sens. Czym byłby Wiedeń bez tych obrazków, a przede wszystkim bez tych dźwięków? Pewnie jedynie pięknie wyglądającymi, świetnie zachowanymi uliczkami, na których mijalibyśmy Burger Kinga, North Fish, sklepy z pamiątkami i drogie butiki.

Na Alexanderplatz w Berlinie można zobaczyć grafika malującego na chodniku przez cały dzień ogromny portret. Niedaleko Unter den Linden trafić możecie na performance, w którym artyści oblepiają pomnik Marksa i Engelsa kolorowymi gazetami. To wszystko gra. Zlepia się wraz z budynkami, z ruchem ulicznym, z rozmowami ludzi. Tworzy pewną całość.

Naprawdę dobrze wypada na tym tle Kraków. Zawsze lubię wracać do tego miejsca, nie tylko z racji miłych wspomnień dotyczących zagranych tam koncertów. Tamtejszy Rynek i obecni na nim muzycy świadczą o tym, że popularne skojarzenia w stylu „Kraków – miasto artystów”, „Kraków – klimatyczna i artystyczna przestrzeń” są jak najbardziej uzasadnione.

Całkiem poważny dysonans towarzyszy powrotom ze wspomnianych powyżej miejsc do Warszawy. Powracając do myśli z początku artykułu – postrzeganie artystów ulicznych przez pryzmat stolicy Polski jest mocno skrzywione… Warszawskimi odpowiednikami dixielandu w Pradze są bowiem najczęściej (choć nie zawsze) przypadkowi ludzie z rozstrojonymi instrumentami, którzy z braku laku siadają pod Kolumną Zygmunta i grają „Whisky” Dżemu. Saksofonistę z paryskiego metra, grającego niebywałe coltrane’owskie frazy zastępuje u nas akordeonista z repertuarem „My, Pierwsza Brygada” etc. Szkoda, bo czas trochę tu stanął w miejscu… W wielu miejscach w Europie (pewnie i na świecie, ale tu pewności nie mam) nie jest czymś oczywistym wyjść z instrumentem albo ze sztalugą na ulicę i tam przedstawiać swoje umiejętności. Najpierw należy uzyskać zgodę komisji, która zasiada w ratuszu. Trzeba przedstawić swoje umiejętności i powalczyć o to, aby być częścią wizytówki miasta. W Warszawie grają ci, którzy po prostu chcą. Dlatego właśnie przejście Krakowskim Przedmieściem nie zawsze jest spacerem marzeń, a wizyta na warszawskiej starówce kojarzy się jedynie z wielkimi parasolami należącymi do wielu knajp tam umiejscowionych.

Artyści uliczni mogą być świetnym dodatkiem do tych wszystkich działań promocyjnych i wizerunkowych, które miasto wykonuje każdego dnia. To być może taka wisienka na torcie. Nie warto o tym zapominać.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017