Tajemnica Jima Morrisona

06.11.2017 2 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Jim Morrison – Samozwańczy Król Jaszczur. Śpiewał, że może dokonać wszystkiego i nie kłamał. Z samego siebie uczynił chodzącą amerykańską legendę. Z koncertów The Doors uczynił mistyczne przedstawienia z pogranicza rocka i teatru. Balansował na granicy prawa i na granicy przyzwoitości. Taki był. A jaki chciał być naprawdę?

 

Tak, jak wielu spośród fenomenalnych i sławnych artystów – Morrison wiódł życie będące pewnego rodzaju zderzeniem wyobrażenia o samym sobie z tym, jak wyobrażali go sobie inni. To pierwsze brało się z nieprzeciętnego intelektu i niezwykłego oczytania. Temu drugiemu chcąc nie chcąc musiał sprostać. Często powtarzane zdania o tym, jak niezależni są wielcy artyści, jak nic nie udowadniają i jak obojętni mogą oni pozostawać na otoczenie są przepiękne i okrągłe, ale nie mają wiele wspólnego z prawdą. Wielcy przedstawiciele sztuki mogą pozwolić sobie na luksus niezależności totalnej i nieprzejmowania się niczym w takim samym stopniu, w jakim ich drogi wytyczane są przez oczekiwania innych, zależności kontraktowe, finansowe etc. Nie inaczej było z Morrisonem.

Lider The Doors stał się ikoną seksu i amerykańskiego rocka drugiej połowy lat 60-tych nagle. Jednak równie błyskawicznie znudził się nagrywaniem płyt i przebywaniem na scenie pod szyldem The Doors. Był sfrustrowany, ponieważ to czego chciał, to tworzenie ambitnego repertuaru odpowiadającego jego poziomowi intelektualnemu, przekraczającego stylistyki i dziedziny sztuki. Chciał cały czas poszukiwać, wyprowadzać ludzi ze sfery komfortu i poprzez wielką sztukę poszukiwać prawdy o sensie istnienia. Szybko spostrzegł, że nie może tego robić w takim stopniu, w jakim by sam tego oczekiwał. The Doors stali się najpopularniejszym zespołem w USA, a ludzie przychodzili na ich koncerty po to, by stać się częścią rockowego, awangardowego teatru. Chcieli mistyki, psychodelii i skandalu. Wszystko to dostawali od niezmiennie zamroczonego narkotykami i alkoholem Jima. Koniunktura okazała się być od niego silniejsza. W danym miejscu, w danym czasie musiał ulec oczekiwaniom innych… A on chciał być po prostu poetą.

Jak wskazują biografowie największym marzeniem Morrisona było to, by inni postrzegali go nie jako wokalistę i piosenkarza, lecz właśnie jako poetę. Choć może to zabrzmieć dziwnie – bycie gwiazdą rocka uznawał za zajęcie tymczasowe, które dawało mu pieniądze i możliwość niemartwienia się o jutro. Jednak o wiele poważniej traktował swoją poetycką twórczość, której chciał poświęcić o dużo więcej czasu. Chciał wydać ją jedynie pod swoim nazwiskiem i pominąć swoje związki z The Doors, po to by nie zaszkodzić (sic!) promocji.

W dużym skrócie można stwierdzić, że Jim Morrison zajmował się w życiu piciem alkoholu i pisaniem poezji. Alkohol był dla niego zresztą bardzo istotnym elementem pozwalającym realizować mu jego filozofię życia. Zależało mu na uwolnieniu umysłu od przyjętych granic i ram postrzegania. Bez przerwy chciał otwierać drzwi swojej percepcji tak szeroko, jak tylko mógł. Poezja zaś była tego najszczerszym efektem.

Wiersze Morrisona idealnie wpasowywały się w czasy, których lider Doorsów był słynnym dzieckiem. Pełne były symboliki, abstrakcjonizmu i psychodelii. Z kolejnych wersów przemawia duże społeczne zaangażowanie. Dla Jima prawdopodobnie najważniejsza była jednak mistyczna otoczka, duchy ginących na drodze Indian i przenikanie pomiędzy tym co znane, a tym co nieznane.

Wiele z jego wierszy stawało się – czasami po drobnych przeróbkach – tekstami kolejnych piosenek Doorsów. To dlatego ich muzyka pod względem tekstów odznaczała się w tamtych czasach najwyższą jakością. Warto o tym pamiętać słuchając którejkolwiek z płyt Amerykanów. The Doors to coś dużo więcej niż charyzma i głęboki głos lidera i charakterystyczne brzmienie Raya Manzarka. To także – a niekiedy wręcz przede wszystkim – tekst, przekaz.

Kwintesencja twórczych sił Jima Morrisona to legendarne Celebration of the Lizard. Święto Jaszczura, które wprawiało publiczność w osłupienie i swoistą ekstazę. To ewenement. 20 minut recytowanego, wieloczęściowego poematu z improwizowaną muzyką w tle. W ostatniej części zatytułowanej Pałac wygnania Morrison szepcze na koniec:

Jutro wejdziemy do miasta mych narodzin

Chcę być gotów

Myślę, że Morrison przez całą swą burzliwą i krótką karierę był gotów. Mógł zostawić wszystko i być poetą. Niestety nie zdążył.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017