„Nasz strach musi być racjonalny”

28.01.2017 6 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

„Błędy Zachodu to z jednej strony łatwowierność, z drugiej odejście od własnych wartości”. O fundamentalizmie islamskim, terroryzmie i politycznej poprawności z Markiem Orzechowskim, autorem książki „Mój sąsiad islamista”, rozmawia Oliwia Kacprzak

 

Rozmawiamy ponad rok od ukazania się pierwszego wydania Pańskiej ostatniej książki, wówczas z podtytułem „Kalifat u drzwi Europy”. Drugie wydanie nosi już wymowny podtytuł „Tunis-Paryż-Bruksela…”. Dziś należałoby go uzupełnić co najmniej o Niceę i Stambuł, a to tylko ostatnie miesiące.

Podczas pisania książki w marcu 2015 roku nie zakładałem, że życie tak szybko będzie do niej dopisywało nowe strony. Myliłem się, niestety. To książka smutna o stratach, których nie da się już odrobić.

Przywołuje pan w niej tezę amerykańskiego politologa Samuela Huntingtona o „zderzeniu cywilizacji” – konflikcie świata muzułmańskiego i zachodniego jako dwóch przeciwstawnych kultur. Opisuje pan kolejne odsłony tego starcia: w Paryżu, Brukseli, Berlinie, Amsterdamie. Czy faktycznie było ono nieuniknione? Czy cokolwiek mogło potoczyć się inaczej?

Nie ma dziś sensu zastanawianie się nad tym. Nie cofniemy czasu, nie naprawimy błędów. Przesłanie mojej książki pozostaje niezmienne: jesteśmy konfrontowani ze zdarzeniami, na które tracimy wpływ i przez to są one śmiertelnie groźne. Chodzi oczywiście o ekspansję fundamentalistycznego islamu w Europie ze wszystkimi jej konsekwencjami. Te najbliższe to zawłaszczanie publicznej, ale i naszej prywatnej przestrzeni, których już nie odzyskamy; te najgorsze znaczone są krwią ofiar ataków. I pierwsze, i drugie zmieniają nasze życie. Wystarczy przylecieć na lotnisko w Brukseli – dziś nie różni się niczym od przejścia granicznego między Izraelem a Strefą Gazy. Strzęp bezpieczeństwa opłacamy dramatyczną redukcją wolności.

Czy wszystko mogło się potoczyć inaczej? Odpowiem jak zwolennik determinizmu: skoro się wydarzyło i dzieje, to tak musiało być. Co nie znaczy, że mądrzejsi – oby – o nowe doświadczenia nie zmienimy postępowania. Jednak małe na to nadzieje. Zastraszony Zachód jest na etapie, który musiał nadejść: próbuje się dostosować. Dlatego toczy się debata na temat burek i burkini, z której wynika, że nie jesteśmy w stanie nie tylko bronić naszych wartości, ale i ich zrozumieć. Zaskakująca jest choćby rozbieżność między postulatami naszych feministek a ich stosunkiem do zjawisk, które kobietę w islamie upokarzają, skazują na poddaństwo. Po prostu milczą, odwracają głowę, a niektóre same chętnie założyłyby burkę. To niezwykle upolityczniony i zideologizowany ruch. Nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Każdy zamach terrorystyczny zaskakuje. Odrzucam tłumaczenia „ekspertów”, że tak musi być. W reakcjach klasy politycznej mniej mnie interesują kwiaty składane na miejscach zbrodni, a bardziej to, jak daleko chce przykręcić nam, ofiarom, śrubę, aby rzekomo nas ochronić. To nie my wysadzamy się w powietrze, ale restrykcje dotyczą właśnie nas.

Huntington twierdził, że decydujące dla polityki międzynarodowej będą różnice kulturowe, jednak czy motywacje przywódców tak zwanego Państwa Islamskiego nie są też bardziej pragmatyczne? Czy w kontekście polityczno-gospodarczym ostatnich dekad nie powinno się mówić również o błędach Zachodu?

Dzisiaj Huntington byłby przez wyrozumiałych humanistów oczywiście skrytykowany – tak dalece nazwał rzecz po imieniu. Tymczasem widział ostrzej i lepiej już wtedy, gdy znękani II wojną światową tęskniliśmy za wymianą, zrozumieniem. To jest potrzebne i dzisiaj, ale, jak się okazuje, tylko nam. Możemy dyskutować o zderzeniu cywilizacji, ale przede wszystkim musimy zapytać: jakich cywilizacji? Czy oferta wojującego islamu to w ogóle „cywilizacja”? Muzułmanie nie biorą udziału w rozwoju świata, zatrzymali się duchowo i umysłowo na poziomie XIII wieku. Średnio trzydzieści procent mieszkańców najbardziej nawet „oświeconych” państw islamskich to analfabeci. W tej grupie jest kilka bogatych, dzięki ropie, krajów, reszta dostarcza im najtańszej siły roboczej na pograniczu niewolnictwa. Wysokie budynki nad Zatoką Perską to dzieło zachodnich inżynierów i firm budowlanych. To dlatego, że wszystko już załatwił Allah, a jego wyznawcom nie wolno poprawiać boga.

Mamy do czynienia z drastycznym atakiem barbarzyńców na naszą cywilizację. Oczywiście ulegamy, ponieważ mamy kodeksy i zasady. Tamta strona jest w swoich perwersyjnych działaniach wolna od takich zobowiązań. Muzułmanów nasze prawo nie obowiązuje, mają swoje, boskie.

Błędy Zachodu to z jednej strony łatwowierność, z drugiej odejście od własnych wartości, kształtujących charakter i porządek życia. A także, oczywiście, wielka pycha – szczególnie kłopotliwa i poważna w skutkach. Jej ofiarami padają również Polacy.

W książce apeluje pan o ochronę fundamentów cywilizacji, odejście od polityki ustępstw. Jednocześnie znajdujemy się na przedpolu amerykańskich wyborów prezydenckich, w których kandydatem republikanów jest Donald Trump, populista wzywający do budowy murów, dosłownie i w przenośni. W Europie rośnie sympatia dla ruchów narodowo-radykalnych, a niedawno podstawami wspólnoty wstrząsnął Brexit. Jak w tej sytuacji znaleźć złoty środek? Czy alternatywą dla otwartości i wielokulturowości musi być zamknięcie, rozpad, nienawiść?

Z pani pytania bije niepokój o przyszłość – i słusznie. Zacznijmy od Trumpa. To, póki co, nie nasze zmartwienie. Cóż możemy z naszej perspektywy o nim powiedzieć? Wiemy tylko to, co podadzą nam media, a te nie są rzetelne. Irytujące jest wybieranie następcy Obamy w Brukseli, Paryżu czy Warszawie. Amerykanie sami wybiorą swojego prezydenta i wówczas posłuchamy, co on mówi. Dopiero wtedy to będzie mieć dla nas znaczenie.

Wróćmy do nas. Kiedy obok wybuchają bomby, giną ludzie tacy jak Pani i ja, mamy odwrócić głowę? Być może niektórzy kojarzą wojnę tylko z czołgami, bombardowaniami, atakami rakietowymi, a tymczasem wystarczy wysadzić się na lotnisku i cały kraj zostaje sparaliżowany. Każdy walczy bronią, jaką posiada. Nasz problem polega na tym, że nie stoimy z zamachowcami na jednej wysokości. Oni, idąc do ataku, zakładają, że zginą i pójdą do raju. My bronimy się przed śmiercią i nie jesteśmy pewni, czy raj w ogóle istnieje. Nasz strach musi być racjonalny. Musimy wiedzieć, że obok żyją terroryści i nie ułatwiać im zadania.

W Europie jesteśmy świadkami swoistej politycznej dekompresji. Polityczna poprawność fałszuje rzeczywistość i wyrządza ofiarom wiele szkody. Już sama konstrukcja tego terminu pachnie fałszem (polityka i poprawność?), a nawet sugeruje, że mamy do czynienia z manipulacją. Jej zwolennicy utrzymują, że są „poprawni” dla naszego dobra, czyli traktują nas jak niedorozwiniętych i pozbawionych własnego rozsądku.

Dziś nie sposób uniknąć pytań o kondycję zachodniej cywilizacji. Czy dostrzega pan za Huntingtonem – obok konieczności pielęgnacji podstaw europejskiej tożsamości: wolności, demokracji, równości i poszanowania praw człowieka – również potrzebę kulturowej „sanacji”? Czego mogą nas nauczyć ostatnie lata i miesiące?

Naszym najgorszym doświadczeniem jest upadek wiary w wartości, które pani wymieniła. Ale same słowa nic nie znaczą, trzeba je praktykować – a my właśnie przestaliśmy. Ludzie widzą wolność wyłącznie w kontekście osobistym, wiele wartościowych cech życia społecznego zniszczyły i niszczą media. To bolesny temat. Nasze życie wziął w babilońską niewolę neoliberalizm. „Kto nie ma, sam sobie winien” – rozumiane dosłownie oznacza rozbicie społecznych więzi. Może spełnia ono swoją rolę w USA, ale Europa ma inne korzenie. Jesteśmy małym kontynentem, byliśmy i jesteśmy skazani na kooperację.

Jako politologa i socjologa interesują mnie różne zjawiska, na przykład potrzeba duchowej refleksji. Ale w Brukseli kościoły są zamknięte. Nie mamy gdzie pójść, aby spotkać się z transcedencją, której potrzebujemy. W Parlamencie Europejskim tego nie załatwimy, na briefingu w Komisji też nie. Ludziom brakuje duchowości.

W Polsce jest jeszcze inaczej. Kościoły są otwarte, ale ludzie zagubieni. Tu reklamuje się wolność niezwykle dosłownie, a to prowadzi do codziennego chamstwa, zawiści. Istnieje oczywista sprzeczność – wszyscy są pozornie tolerancyjni, ale kiedy komuś powinie się noga, stają się niemiłosierni.

Po lekturze pańskiej książki nie można oprzeć się fatalizmowi. Jeden z ostatnich rozdziałów kończy stwierdzenie: „W Rzymie przetrwały jeszcze resztki historii cywilizacji. Kiedy kalifat zdobędzie Rzym, podzielą nasz los”. To już nie przestroga, tylko zapis upadku. Pytam zatem jako dwudziestolatka, studentka, w imieniu swoich rówieśników, którym koniec znanego im świata wydaje się niemożliwy: czy Europa może się jeszcze przed tym upadkiem uchronić? Gdzie na arenie konfliktu znajdzie się Polska?

Przykro mi słuchać Pani słów i tym bardziej zobowiązują mnie one do walki o kulturową przejrzystość, o ludzką przyzwoitość. Zawiodła generacja ojców. Pani i pani rówieśnicy nie odpowiadacie za ten dramat, będziecie jednak spożywać jego owoce.

Kiedy jedzie pani do Maroka czy Tunezji, otwiera się pani na inną kulturę i obyczaj. To nie przypadek, że są inne. Tam. Respektuje je pani. Przeniesione do Berlina czy Brukseli nie są jednak tym samym, nie mogą być. Ci, którzy tak mówią – kłamią. Różnorodność Europy, jej największy atut, czyli wielokulturowość (ale nie multikulturowość – to dwie różne rzeczy), nie polegała i nie polega na zamianie kościołów w meczety. O tym trzeba mówić.

Gdzie Polska na arenie tego konfliktu? O tym mogę napisać całą książkę.

 

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017