Sens życia według Yoko Ono

27.06.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Po prawie 50 latach Yoko Ono zostanie wpisana jako współautorka legendarnej piosenki Imagine. The National Music Publishers Association „naprawia popełniony w przeszłości błąd”, a Yoko Ono chyba musi być szczęśliwa…

 

Niemal od zawsze kojarzy się z kontrowersjami. Jako awangardowa artystka zajmująca się performance’em i sztuką partycypacyjną; przychodzi na myśl jej słynna praca Cut Piece, w której publiczność obcinała kolejne fragmenty jej ubrania, obnażając stopniowo ciało artystki. Albo konceptualne przedsięwzięcie zatytułowane Malunki do deptania, w których namawiała ludzi do deptania płótna, gdyż dopiero wtedy mogło stać się pełnoprawnym dziełem (Ono chciała udowodnić, że można sztukę gwałtownie przybliżyć odbiorcy, zdjąć ze ścian, „poniżyć”).  Cały jej związek z Lennonem był jedną wielką kontrowersją. Począwszy od obrosłego mitami skłócenia swego męża z Paulem McCartneyem, które doprowadzić miało do rozpadu The Beatles, aż po głośne akcje, takie jak Bed-In for Peace. Pod koniec życia Johna Lennona to on przyjął rolę domatora, wychowującego dziecko tylko po to, aby ona mogła realizować swoją karierę w niszowych dziedzinach sztuki. Zważywszy na rockowe stereotypy dotyczące życia gwiazd, a także na gigantyczną pozycję eks-Beatlesa – było to nie do pomyślenia.

Nic dziwnego, że Yoko Ono bardzo szybko zapracowała na opinię najgorszej jędzy i podłej suki całego show-biznesu. Wzięła na swoje barki odpowiedzialność za kryzys Beatlesów, rozpad Beatlesów, kryzys twórczy Lennona, problemy Lennona z używkami, kłopoty Lennona z komponowaniem nowej muzyki po zerwaniu z używkami, wreszcie (co absurdalne) odpowiedzialność za jego śmierć. Jedno trzeba przyznać na pewno: od samego początku swojej relacji z Johnem była niezmiennie skoncentrowana na nim. Oczywiście ta koncentracja przyjmowała różne konteksty, najczęściej dotyczące jej samej. Absorbowało ją rozbudzanie w nim artystycznych, bardziej awangardowych niż The Beatles ambicji, zaangażowanie go w polityczne performance’y, a na deser oczywiście próba zmiany jego priorytetów (tak, aby jej działalność była przynajmniej równie ważna, jak jego). Kiedy czytam kolejne biografie Lennona i Ono absolutnie nie powiedziałbym jednak, że była ona totalnie wyrachowaną kobietą, piszącą tylko swój scenariusz. Trzeba jej przyznać, że była obecna przy kolejnych działaniach artystycznych i przy kolejnych płytach Lennona. Myślę, że część z nich wynikała z jej motywacji i zaangażowania. Yoko Ono nie jest postacią czarno-białą.

Tak, jak kiedyś artystka skoncentrowana była maksymalnie na swoim mężu, tak i w latach późniejszych – aż do dziś – jest ona zaangażowana w historię jaka pisana jest wokół nazwiska Lennon. Stanowi to w jakiejś mierze jej sens życia. Zarządza ona całą spuścizną po swoim mężu, patronując takim wydarzeniom, jak kolejne wystawy tematyczne czy otwieranie kolejnych muzeów poświęconych jego pamięci. W tym kontekście jej działania również pozostają niejednoznaczne… Można rzec, że radzi sobie ze swoją rolą doskonale, jednak niezrozumiałe i niepotrzebne są jej niektóre poczynania. Jak np. długa walka z Paulem McCartneyem dotycząca tego czy utwory The Beatles mają być podpisane „McCartney/Lennon” czy „Lennon/McCartney”. Albo próba zorganizowania dużej trasy koncertowej, podczas której miała grać i śpiewać piosenki Lennona (trasa została odwołana z powodu niskiego zainteresowania).

Najbardziej zastanawia fakt, że cała działalność artystyczna Yoko Ono (nie mająca z Lennonem nic wspólnego) odeszła gdzieś na dalszy plan. Już w czasach ich małżeństwa traktowana była jak średnio potrzebny dodatek do kariery Johna (niesłusznie!), a obecnie Yoko jako artystka pozostaje w zupełnym cieniu niejako siłą rzeczy. Jednak porównując jej prace z lat 60-tych i 70-tych z tym, co do zaproponowania miała przez kilka/kilkanaście ostatnich lat – może nie jest to taka wielka szkoda i nie jest to tak bardzo niezrozumiałe… Jej wątpliwej jakości autorska muzyka, jej performance’y (polegające np. na „śpiewaniu” utworów Adele), albo instalacje (Season of Glass, na którą składały się fragmenty popękanych okularów Lennona) nawet nie korespondują z pomysłami z przeszłości, kiedy to zapracowała na miano jednej z najciekawszych i najbardziej kreatywnych artystek konceptualnych.

Nie ma historii Johna Lennona bez Yoko Ono. Tak samo, a nawet tym bardziej, nie ma historii Yoko Ono bez Johna Lennona. Artystka ta została chyba jedną z najbardziej zaszufladkowanych osób w historii rock and rolla i historii sztuki. Zaszufladkowaną  w przeważającym stopniu nie z racji poczynań artystycznych. One pozostały i pozostaną w cieniu.

Nie wiem na ile dopisanie Yoko Ono, jako współautorki Imagine było inicjatywą Davida Israelite’ego z NMPA, a na ile Yoko sama ubiegała się o tę sprawiedliwość (nie ma w tym słowie ani trochę ironii – sam Lennon przyznał kiedyś, że tylko jego egoizm spowodował, że jego żona nie została wpisana na listę autorów piosenki). Myślę jednak, że jest to jakiś rodzaj udowodnienia, że nie była ona jedynie ekstrawaganckim dodatkiem do twórczości męża. Czuła się jej integralną częścią, tak samo jak z Lennona uczyniła integralną część swoich rzeczywiście ekstrawaganckich poczynań.

Bezdyskusyjne pozostaje jednak dla mnie to, że jej miejsca i roli w historii popkultury nic nie jest w stanie podważyć. Nic też chyba nie jest w stanie uczynić tej roli bardziej znaczącej, niż była naprawdę.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017

Przeczytaj również

01.06.2017 09:04