Przesuwanie granic

16.05.2017 4 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Mówią, że w naszym zdigitalizowanym, odbywającym się w mediach społecznościowych i na kanałach informacyjnych życiu artyści – zresztą nie tylko oni – nic już nie mogą ukryć. Pomyślałem, że warto poddać ten banalny wniosek intelektualnej rekonstrukcji i zadać pytanie: czy w ogóle istnieje potrzeba owiania tajemnicą swojej pracy, swojego dzieła? A tak naprawdę najbardziej zasadne jest pytanie: czy warto o to dbać?

Może przeciwnie: może warto zupełnie odpuścić i z totalnej, agresywnej wręcz otwartości uczynić swój kolejny instrument?  Nie mam tu na myśli problemów „pudelkowych” – niespecjalnie zajmuje mnie nowa bielizna znanej wokalistki i nowa narzeczona tego kogoś, kogo akurat nie znam. Chodzi mi raczej o pewien rodzaj kuchni działań artystycznych. Z moich obserwacji (opierających się przede wszystkim na środowisku muzycznym), a także z własnych doświadczeń wynika, że pewna racjonalność funkcjonowania w świecie artystycznym prowadzi zdecydowanie do otwierania się na każdej możliwej płaszczyźnie. Utożsamiłbym to wręcz z najzwyklejszą chęcią przetrwania… I jako człowiek wychowany w swoich czasach nie widzę w tym nic złego.

Słyszane co jakiś czas tęsknoty za przeszłością, w której to muzyka i sztuka w ogóle znaczyły coś zupełnie innego, a niedobra współczesność wszystko to przewartościowuje może i mają wiele wspólnego z prawdą, ale brzmią dziś jak narzekanie na powszechność komputerów. No bo przecież mieliśmy stare dobre maszyny do pisania. Rzeczywiście, odbieramy dziś sztukę kompletnie inaczej. Forest Swords na chwilę przed premierą swojego nowego albumu transmituje na Facebooku film, na którym płyta jest odtwarzana przedpremierowo z trzeszczącej płyty. Galeria sztuki współczesnej MUMOK w Wiedniu celebruje otwarcie nowej wystawy poprzez relację na żywo na Instagramie, sekunda po sekundzie. A John Mayer spędza wieczór po kolejnym koncercie w swoim pokoju hotelowym gadając do telefonu i odpowiadając na żywo na pytania fanów… To pierwsze z brzegu przykłady tylko z ostatniego weekendu.

Odbiorcy są wpuszczani przez artystów coraz głębiej do świata, który był dla nich jeszcze do niedawna zupełnie niedostępny. A jeśli w jakiś sposób mieli do niego dostęp to najczęściej za pomocą obejrzanego reportażu czy dokumentu. Wywiad z fotografem na temat przygotowywanej prezentacji zdjęć, film dotyczący koncepcji powstawania czyjegoś cyklu obrazów itd. Dzisiaj możemy być na bieżąco z całym aktem tworzenia. Możemy wziąć wirtualnie udział w próbach ulubionej kapeli, obserwować proces produkcji studyjnej jej najnowszej płyty. A patrząc od strony artysty: mamy możliwość zaprosić naszych odbiorców za kulisy, pokazać im siebie z innej strony, spróbować ich zafascynować. I do tego tak naprawdę wszystkie te zjawiska się sprowadzają: do zainteresowania odbiorców sztuki na tyle, aby chcieli trzymać rękę na pulsie. Aby byli z artystami jak najdłużej i jak najczęściej. Odpowiadając zatem na pytanie zadane na wstępie: trzeba korzystać z instrumentów, które podsuwa nam otaczający nas świat i budować na tym swoją własną narrację, swoją bajkę. Ale w tym kontekście pozostaje jeszcze jedno pytanie, które nie daje mi spokoju: czy zaproszenie widza albo słuchacza do tej „twórczej kuchni” może być potraktowane jeszcze bardziej serio niż dotąd?

Okazuje się, że chyba tak. Miałem niedawno okazję do odwiedzenia warszawskiego CSW, a tam natknąłem się na interesujący performance, który odbywał się w czasie trwania wystawy 23 zgromadzenia Mai Bekan. W jego ramach grupa artystów pracowała nad projektem nowej rzeźby dla jednego z warszawskich osiedli. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad treścią wystawy, czy tym bardziej moją jej oceną. Nie jestem bowiem krytykiem sztuki. Zafascynował mnie jednak pomysł przedstawienia odwiedzającym procesu tworzenia w takiej a nie innej formie. Artyści pochłonięci burzą mózgów, robiący notatki, przechadzający się po sali w poszukiwaniu sprzętu nagrywającego itd… Wszystkiemu temu przyświeca nalepka na ścianie wyjaśniająca, że performans, że rzeźba, że tworzymy…

Pasjonujące i zastanawiające jednocześnie. Proces twórczy wrzucony w przestrzeń muzealną, opisany oraz mieszczący się w kontekście konkretnej wystawy próbuje przyjmować w moim odczuciu rolę pełnoprawnego dzieła, eksponatu, przedmiotu. Nie bez znaczenia w mojej interpretacji jest również wspomniany wcześniej kontekst. W jednym z pomieszczeń wystawowych natrafiamy na pokaźny zbiór czegoś co wygląda na notatki z prac i przygotowań projektu (projektów?). Powiększone skany książek, wycinek rozmowy artystów na temat ich planów dokończenia wstępnych szkiców etc. To również zinterpretowałem jako przedstawienie procesu twórczego. W tym przypadku jest to konglomerat szkiców, wyrwanych myśli i projektów. Spodobało mi się to, choćby z racji mojej własnej fascynacji szkicami, niedokończonymi pomysłami i wszelkimi zalążkami. Nadało to również znaczenie performansowi, który wciąż nie dawał i nie daje mi spokoju.

Artysta przy pracy, momenty wpadania na kolejne pomysły, ich poprawki, wreszcie negacja – jako dzieło? Czy nie jest to właśnie wpuszczenie widza do samego środka zamkniętego hermetycznie (do tej pory) świata i uczynienie z tego wartości samej w sobie? Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad tymi granicami i sam jeszcze nie wiem co myśleć, dlatego też zadaję te pytania. Czy grafika Warhola miałaby tę samą wartość i znaczenie artystyczne (!) co zaproszenie na pokaz tworzenia przez niego tejże grafiki? A co wtedy, gdy zaprosiłbym swoich słuchaczy nie na koncert, ale na biletowaną próbę do tego koncertu i powiedziałbym, że to już właśnie jest nasze dzieło, nasz performance (co jest istotnym założeniem, bo otwarte próby to żaden nowy wynalazek)? Ciekawe.

Najbardziej drażliwe jest dla mnie pozostawanie w niepewności czy w całym tym przedsięwzięciu nie ma zwykłej ściemy. A jeśli jest to jaki jest jej rozmiar. Atelier artysty to święte miejsce, które podczas wystawy 23 zgromadzenia zostaje z tej świętości ogołocone. Za zamkniętymi drzwiami pracowni odbywa się jednak coś, czemu zdecydowanie przypisałbym pojęcie „prawdy”. Prawdy związanej z kreowaniem, konceptualizacją swojego projektu. Na ile ta prawda jest możliwa do przedstawienia i uchwycenia podczas pracy twórczej wystawionej w świetle jarzeniówek CSW, a na ile działania artystyczne są w tym przypadku pewną grą? Tak samo jak aktor na scenie wcielający się w swoją rolę, tak jak muzyk przebierający się w kostium sceniczny, tak i tutaj artyści muszą przyjąć pewną rolę – w tym przypadku rolę… artystów. Niemniej jednak nadal jest to rodzaj gry. Nie chcę mówić, że performance w tym świetle jawi mi się jako artystyczny fałsz. To by była przesada. Ale czy nie staje się on procesem twórczym w krzywym zwierciadle?

Taka już rola artystów – przesuwać funkcjonujące granice. Badać reakcje i szukać środków do tego, aby otaczający nas świat stawał się po prostu lepszy. Przy całym moim zainteresowaniu konceptualnym backgroundem pracy Mai Bekan, powoduje jednak ona we mnie – zarówno w roli odbiorcy jak i twórcy – pewien rodzaj niepokoju i dyskomfortu. Ale może o to też właśnie chodziło.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017