Przereklamowane, ale to nie szkodzi

14.09.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Dan Brown zapowiada nową książkę. Nosi ona tytuł Początek i na naszym rynku ukaże się na początku października. Z opisu wydawcy wynika, że Robert Langdon (bo któż inny mógłby być bohaterem powieści Browna?) będzie docierał do początków człowieka. „Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy?” – czytamy w notce promocyjnej.

 

Już widzę te protesty zakrawające o kampanię nienawiści wobec autora Kodu da Vinci, które szykowane są z okazji nowej książki. Brown funkcjonuje wśród tej bardziej konserwatywnej światopoglądowo części opinii publicznej jako czołowy wróg moralności i estetyki. Tzw. uczucia religijne wielu czytelników były na tyle obrażone, że zarówno Kod… jak i Anioły i Demony szybko stały się „księgami zakazanymi”. Autor ośmielił się w nich poruszyć tematy niewygodne: związki Chrystusa z Marią Magdaleną, koncepcje dotyczące Świętego Graala, kulisy polityki Watykanu etc. Oczywiście są to dość podatne tematy, w sensie sprzedażowym. I pewnie szum i oburzenie cieszyły pisarza. Były mu na rękę.

Jestem oczywiście przeciwnikiem obrażania się na Dana Browna tylko i wyłącznie z powodu tego, że postanowił w bardzo atrakcyjny sposób przedstawić do dziś emocjonujące kwestie (często ocierające o teorie spiskowe). Można mu zarzucać, że jego książki (szczególnie Kod da Vinci) są zlepkiem paru innych prac opisujących domniemane historie związane ze Świętym Graalem. Ale nie można mu zarzucać, że z kontrowersyjnych treści uszył dobrą rozrywkę. Bo jego książki to naprawdę dobra rozrywka, naszpikowana kontekstami religii, sztuki, historii i szeroko pojętej kultury.

To właśnie te konteksty tworzą pewien wyjątkowy styl Dana Browna. To dzięki niemu wiele osób w ogóle dowiedziało się o różnych interpretacjach Ostatniej Wieczerzy albo o różnych koncepcjach dotyczących tego, czym był Święty Graal. To dzięki niemu nieco głębiej można było poznać historię i ciekawostki dotyczące architektury Rzymu (tajemnice tamtejszych kościołów!) czy Florencji. Drugie życie przeżyła też Mona Lisa.

Zaczęła być ona kojarzona – przynajmniej na chwilę – już nie tylko jako „najbardziej znany obraz na świecie”. Wydaje się, że nagle sporo osób zaczęło jednak zwracać uwagę na treść obrazu. Można przecież przyjrzeć się, które ramię kobiety jet faktycznie bardziej wyeksponowane, albo jakie znaczenie mają kolory krajobrazu za nią. Można dopatrzeć się tajemnicy w legendarnym uśmiechu Giocondy. Wreszcie w jej oczach można ponoć rozpoznać samego Leonarda. To oczywiście mnóstwo zagadek i ciekawostek, które były znane już od wieków. Brown niczego nie odkrył, jedynie przypomniał. Może nieco wpłynął na zainteresowanie dziełem, choć pewnie nie musiał.

Mona Lisa to jeden z hitów światowego malarstwa i słowa „hit” nie używam tu przypadkowo. Portret, który wykonał Leonardo stał się legendą i dziś służy często jako alegoria malarstwa, symbol muzeów etc. Będąc w Paryżu po prostu trzeba ją zobaczyć, zrobić jej zdjęcie, albo najlepiej selfie z nią… Kiedy w jednej z kondygnacji Luwru wchodzi się do ogromnej sali, w której zawieszona jest na ścianie Gioconda, ma się wrażenie, że zmieniło się na chwilę klimat z muzealnego na koncertowy. Setki osób, gwar, aparaty fotograficzne. Można poczekać, aż zaraz wśród tłumu pojawi się Bono albo Lady Gaga, ale nic takiego się dzieje. To tylko ona wisi naprzeciwko tłumu i uśmiecha się, tak jakby ironicznie.

Tak naprawdę nic specjalnego… Przesada. Szał związany z Mona Lisą zawsze wydawał mi się nieadekwatny do tego, co obraz sobą reprezentuje, a już w szczególności do tego, jak prezentuje go Luwr. Jak mówią specjaliści, ponoć Gioconda, jaką znamy nie ma wiele wspólnego z pierwotną wersją obrazu. Po pierwsze była ona poprawiana, a po drugie nowe kolory i tak już wypłowiały i dzieło jest dość nadszarpnięte zębem czasu. Po trzecie – a cóż nam po tych kolorach, skoro obraz wisi za pancerną szybą, która nie tylko dystansuje od niego, ale wpływa na jego barwy? Po czwarte – poza szybą są jeszcze barierki odgradzające ludzi, którzy przypatrują mu się jakby „z pierwszego rzędu”. Golden Circle.

Mona Lisa jest przereklamowana, ale mimo to zdecydowanie warto pojechać do Paryża i ją zobaczyć. Choćby po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie i stwierdzić, że autor tych słów pisze straszne bzdury. Dla wielu pewnie podobnie przereklamowany jest Dan Brown. Co nie zmienia faktu, że pewnie warto będzie sięgnąć po jego nową książkę. Tak, jak i po poprzednie. Choćby po to, żeby wyrobić sobie zdanie na jej temat i może zainteresować się czymś zupełnie innym, niż ta książka.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017