PROGRAM FAIR PLAY

03.12.2018 3 minuty na przeczytanie artykułu

Na małym, stworzonym w rogu sali konferencyjnej, boisku piłka krąży między nogami zawodników. Dotykać mogą ją tylko lewą stopą. – Stop! Dotknąłem prawą, piłka dla was – przyznaje jeden z graczy. Gole zdobyte piętką liczą się podwójnie.

 

Gdy piłka trzepoce w siatce, obie drużyny rozpoczynają wspólną, wcześniej ustaloną cieszynkę, na moment zapominając o tym, która z nich objęła prowadzenie. Po meczu staną naprzeciw siebie i porozmawiają o tym, co działo się na boisku. Zwyciężą nie ci, którzy częściej trafiali do siatki, a ci, którzy sumienniej przestrzegali ustalonych przed meczem zasad. Wygranymi czuć się mają zresztą wszyscy. W grze tej liczy się przede wszystkim dobra zabawa. Zabawa, która ma zrewolucjonizować światowy futbol.

Chłopiec o brudnej twarzy, grzywie włosów stawiającej opór grzebieniowi, z kolanami pełnymi strupów, gotowy do wszelkich przebiegłości, cwaniactw i oszustw, byle tylko zwyciężyć – taki obraz idealnego piłkarza nakreślił południowoamerykański dziennikarz Borocotó niemal 100 lat temu. Jego współczesny kolega po fachu, Brytyjczyk Jonathan Wilson, przywołuje go w książce „Aniołowie o brudnych twarzach”. Opowiada ona o futbolu argentyńskim, który w historii wypuścił całe rzesze wspaniałych zawodników. Niemal wszyscy, na czele z Diego Maradoną, czerpali garściami z wzorca nakreślonego przez Borocotó. Ten teraz zapewne pukałby się w głowę, patrząc, jak na świecie powstaje drużyna mająca kompletnie przeciwstawne pojęcie futbolu. Z jeszcze większym niedowierzaniem przyglądałby się, jak staje się ona największą ekipą w piłkarskim świecie.

Największa z drużyn

„Cześć, nazywam się Giorgio Chiellini, piłkarz Juventusu Turyn, i chciałbym wesprzeć Wasz program. (…) Nie chodzi mi o żadne reklamy, chcę po prostu być częścią tego wielkiego projektu! A, no i przepraszam za mój angielski, starałem się, jak mogłem!”. Mejl o takiej treści prawdopodobnie zwaliłby z nóg każdego, choćby powierzchownie zainteresowanego futbolem. Gdy pojawił się na skrzynce Jürgena Griesbecka i założonej przez niego niedługo wcześniej organizacji Common Goals, Niemiec tylko szeroko się uśmiechnął i z satysfakcją dopisał włoską legendę do listy zawodników, którzy już wcześniej dołączyli do jego wyjątkowej drużyny. Były mistrz świata wylądował gdzieś między Juanem Matą a Mattsem Hummelsem, innymi piłkarskimi supergwiazdami.

– Ruch #football4good, w ramach którego powstał projekt Common Goal, to nie tylko wielkie nazwiska, a przede wszystkim praca, jaką wykonujemy wśród potrzebujących – tłumaczy współpracownik Jürgena, Thomas Preiss, uczestnik warszawskiej konferencji „Jak wygląda dobra piłka nożna?”. Drużyna Common Goal liczy niemal 350 członków, na czele z czołowymi gwiazdami futbolu i piłkarskimi działaczami. Każdy z dołączających do organizacji deklaruje, że przeznaczy na jej działanie 1% swojej rocznej pensji. To kapitał, który pozwala realnie działać. Beneficjenci programu z Afryki otrzymują odpowiednią edukację seksualną i przechodzą badania na obecność wirusa HIV. Ci z Kolumbii są uczeni pokojowego patrzenia na świat i właściwego radzenia sobie z konfliktami. Futbol jest pretekstem do zwyczajnej ludzkiej pomocy.

Polska drużyna

W wielkiej międzynarodowej drużynie ruchu #football4good swoje miejsce znaleźli też Polacy. Wszystko za sprawą Arkadiusza i Beaty Mierkowskich i ich Fair Play Programu. – W 2006 roku robiłem wolontariat w europejskiej organizacji, która zajmuje się ideą piłki nożnej dla Dobra. Tam odkryłem, że piłka to nie jest to, co znałem ze swoich futbolowych przygód i telewizji, a… coś zupełnie odwrotnego – tłumaczy Arek.

Największe zaskoczenie wzbudzała gra w tzw. football3 – nowatorski rodzaj piłki nożnej, w którym drużyny ustalają specjalne, dodatkowe zasady fair-play i kierują się nimi podczas spotkań, wspólnie celebrują gole, a o ostatecznym wyniku decyduje to, jak uczciwie do ustalonych reguł podeszli sami zawodnicy. –Piłka nożna dla wszystkich

Uczestnicy Fair Play Programu są w stałym kontakcie z PZPN. Wierzą, że mogą wypełnić lukę i trafić do osób, do których nie dociera krajowa federacja. Najmłodszych chcieliby uczyć współpracy i zainteresować futbolem tych, którzy nie mają do niego naturalnych predyspozycji. Proponowane im atrakcje nazywają „grywalizacją”, której głównym celem jest nie pogoń za wynikiem, a wypracowanie umiejętności nawiązywania nowych kontaktów, kooperacji i wzajemnego szacunku.

– Jestem zbudowany tym pomysłem. Widzę duży obszar do tego, żeby aktywizować dzieci i młodzież, pozytywnie wpływać na rozwój zarówno fizyczny, jak i społeczny – mówi Ryszard Robakiewicz, były reprezentant Polski, który pojawił się na konferencji w Warszawie.

Polskiej organizacji, dumnie podążającej śladami doświadczonych kolegów z zagranicy, udało się dokonać rzeczy niemal niemożliwych. W epoce postępującej komercjalizacji sportu, w której mecze nie mogą być rozgrywane bez obecności setek kamer i transmisji telewizyjnych, a po boiskach biegają warci miliony euro zawodnicy, udowadniają, że hasztag #football4good nie wygląda wcale jak literówka kogoś, kto chciał raczej napisać „football for goods”. Teraz przed nimi otwarta droga, by pokazać całej Polsce, że sport to przede wszystkim powszechny język, który pomaga zwalczyć najwyższe nawet bariery. Nieważne, czy użyjemy go do rywalizacji, czy „grywalizacji”. Przede wszystkim użyjmy go do dialogu.

Filip Cieśliński