Pożegnanie lata

19.09.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

Koniec lata oznacza najczęściej jakiś rodzaj nostalgii. Za ciepłem, które mija, za wolnym czasem, za wakacjami. Dla dzieciaków to czas, w którym zabierają się za pakowanie plecaków i przygotowywanie do rozwiązywania testów. Dla rodziców to czas dłuższych dojazdów do pracy z powodu korków.

Wraz z końcem lata wszelkiego rodzaju ekipy techniczne zwijają ostatnie kable po ostatnich koncertach plenerowych. Festiwale, cykle koncertów, a najczęściej dni miast, dni chleba i indyka – to wbrew pozorom poważne, logistyczne, organizacyjne i finansowe przedsięwzięcie, które trwa mniej więcej od maja do września. To czas, który muzycy określają nawet nie tyle „sezonem letnim” co po prostu „sezonem”. Większość z nich spędza wówczas czas w busach podróżując między miastami i zarabiając na życie. Koniec lata to zatem koniec sezonu, a zatem dziwny czas niebezpiecznie długiego przebywania w domu. Dotyczy to zarówno wielkich nazwisk estrady, jak i (przede wszystkim) całej masy wykonawców, o których być może nie usłyszeliście i nie usłyszycie, a bez których to wszystko nie miałoby racji bytu (bo któż miałby na tych imprezach grać).

Istnieje jednak druga strona tego medalu. Jak podpowiada kalendarz i warunki atmosferyczne panujące za oknami – koniec lata zbiega się z początkiem jesieni. Niech ta z kolei nie kojarzy się jedynie ze smutkiem uczniów, deszczem i frustracją muzyków, którzy w najbliższy weekend nie mają „wbitego” w kalendarz koncertu plenerowego. Jesień może być prawdziwym rajem i to z kilku powodów.

Po pierwsze – rozpoczyna się sezon (tak!) dla melomanów. Oficyny wydawnicze wypuszczają na rynek nowe wydawnictwa. To właśnie we wrześniu i w październiku pojawia się ich najwięcej. Absolutnym mistrzem zbierania i archiwizacji tego typu danych jest Bartek Chaciński z tygodnika POLITYKA. Na swoim blogu umieścił (jak zawsze) spis premier nadchodzącego miesiąca, który w przypadku września liczy ponad 130 wpisów! Wakacje kończą się zatem definitywnie. I dobrze!

Rozpoczyna się wielomiesięczny okres bardziej bądź mniej tłumnego przybywania do różnego rodzaju klubów. Muzyka przenosi się ze scen plenerowych do wnętrz (z wszelkimi dla niej korzyściami z tego płynącymi). Koncerty zmieniają charakter z darmowego na biletowany, a publiczność zmienia się z tej podgryzającej kiełbaskę i popijającej piwo na tę jedynie popijającą piwo, słuchającą i tańczącą. Jest to bardzo poważna zmiana jakościowa.

Zacierają ręce wszyscy ci, których zalicza się do środowiska awangardowego, jazzowego, jazzawego, free, alternatywnego, experimental itd. itp. Dla nich (w zasadzie powinienem pewnie napisać „dla nas”) paradoksalnie sezon rozpoczyna się właśnie teraz. Wynika to z paru przesłanek, które wymieniłem w akapicie powyżej. Kluby grające różne odmiany dziwnej muzy czy kluby jazzowe najczęściej również mają wakacje. Przecież skoro można opalając się wypić piwko nad Wisłą to stosunkowo niewiele osób będzie zainteresowanych gnieżdżeniem się w ciasnej piwnicy i słuchaniem recitalu solowego jakiegoś kontrabasisty. Pomijając fakt, że tylko najwytrwalsi mogą to przeżyć (ah, te branżowe żarty), to jednak w okresie jesienno-zimowym szanse wspomnianego kontrabasisty zdecydowanie rosną. Takie to prawidła muzycznego biznesu.

 

Nie warto obrażać się na jesień tylko dlatego, że trzeba założyć cieplejszy sweter. Może i nawet lepiej. Jak tak patrzę na premiery wydawnictwa ECM słynącego z pewnego rodzaju oryginalnego i skądinąd bardzo jesiennego brzmienia – to aż się raduję na myśl o zmianie pór roku! Nowy Vijay Iyer (tym razem w sekstecie) powinien sprawić fanom jazzu wiele radości. W październiku zresztą ukaże się nowy polski debiut w ECM. Będzie to kwartet fantastycznego Maćka Obary, który dołączy do Tomasza Stańki i Marcina Wasilewskiego, którzy już wcześniej stanowili polską reprezentację w oficynie Manfreda Eichera. Myślę, że jest na co czekać!

Zapowiadają się też duże trasy koncertowe (można radzić sobie poza latem? Można!). Np. zespół HEY zagra w największych halach w Polsce. Trasa nazywa się „Fajrant”, ale z tego co mi wiadomo nikt tam nie zamierza jeszcze składać broni. Odwiedzą nas też Brytyjczycy z Hurts (w ramach europejskiej trasy promującej nową płytę). Konsekwentnie ich nie lubię, a oni konsekwentnie stają się coraz ważniejszym bandem w świecie popu, więc napiszę o nich na złość sobie samemu. Można ten akapit zakończyć tradycyjnym „i dużo, dużo więcej…”.

Dochodzę do wniosku, że albo kłamię mówiąc zawsze znajomym, że najbardziej kocham lato i wiosnę (bo jesień kojarzy mi się z tym polskim syfem w okolicach 2 stopni Celsjusza), albo się niebezpiecznie postarzałem. Bo w sumie to się cieszę z tego pożegnania lata! Będzie teraz dużo ciekawiej niż przez ostatnie dwa miesiące.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017