Portret Chopina

14.07.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu
Portret Chopina

Eugène Delacroix, Portret Chopina. Domena publiczna

Nie znamy dokładnej daty pierwszego spotkania Fryderyka Chopina i Eugène’a Delacroix. Wiemy natomiast, że było ono iskrą, która rozpaliła bardzo szczerą i głęboką przyjaźń pomiędzy artystami. Ta relacja zostawiła po sobie kilka śladów i pamiątek.

 

Miejsce, w którym krzyżują się ścieżki Chopina i Delacroix to Paryż. Ten niezwykły i bujny. Ten, który już wówczas stał się mekką dla europejskich artystów. Ten, który uchodził za prawdziwą stolicę sztuki i jeden z najbardziej solidnych fundamentów kultury Europy. To Paryż, jego architektura, ulice, a także – a może przede wszystkim – ludzie, był miejscem prawdziwie inspirującym. Zarówno jako miejsce samo w sobie jak i przestrzeń dla styków osobowości, biografii, potencjałów i idei. W takiej właśnie przestrzeni polski uchodźca, wybitny kompozytor, genialny muzyk spotyka fenomenalnego artystę, jednego z pierwszych malarzy ówczesnej Francji.

Czas natknięcia się na siebie tych dwóch artystów był równie specyficzny, co miejsce. Chopin wciąż w głębi duszy opłakiwał przegrane powstanie listopadowe, mające wg legend bezpośredni wpływ na muzyczny szkic Etiudy Rewolucyjnej i jego późniejszych dramatycznych kompozycji. Jednocześnie bardzo szybko stał się pełnoprawnym członkiem elitarnej społeczności artystycznej Paryża, do której należał oczywiście Delacroix. Francuz natomiast był wówczas tuż po namalowaniu swojej słynnej Wolności prowadzącej lud na barykady. Ta istotna dla miasta grupa społeczna przeżywała wtedy okres prawdziwego rozkwitu i chwały. Trwało to zresztą ponad kolejne sto lat, a w Paryżu osiedlali się i tworzyli kolejni wielcy: Vincent van Gogh, Guillaume Apollinaire, Pablo Picasso, Salvador Dali, Oscar Wilde czy Jim Morrison. Niektórzy twierdzą, że ta atmosfera i duch artystycznych kręgów Paryża są wciąż żywe. To jednak bardziej pobożne życzenie. Podczas moich kolejnych powrotów do stolicy Francji zazwyczaj odczuwam wyjątkową atmosferę, opartą jednak przede wszystkim na mnogości legendarnych miejsc, w których niegdyś żyli i tworzyli legendarni ludzie. Atmosfera Paryża sprzed lat jest w większym stopniu zakonserwowana w tamtejszych fantastycznych muzeach.

Takie „paryskie” pamiątki i tropy dotyczą również samego Chopina (zadziwiające swoją drogą, jak często ludzie są przekonani, że był on Francuzem). Znajdziemy ozdobne tabliczki na ścianach domów, w których mieszkał – m.in. ta pod jego ostatnim adresem, na placu Vendome, naprzeciwko Hotelu Ritz. Mieszkanie to zresztą położone jest nieopodal kościoła Św. Magdaleny. Odbył się tam pogrzeb polskiego pianisty, który żegnany był przy akompaniamencie Requiem Mozarta. Ważnym śladem Chopina w Paryżu jest oczywiście jego grób na cmentarzu Père-Lachaise. Jest to jedno niewielu tamtejszych miejsc, w którym zawsze położone są kwiaty i płonie choć jeden znicz. Delacroix nie był przy Chopinie w ostatnich dniach życia pianisty. Wierny przyjaciel był wówczas poza miastem, ale udało mu się uczestniczyć w pogrzebie Polaka. Jego rola jest zresztą ogromna – był inicjatorem wybudowania pomnika przy grobie Chopina, który podziwiamy do dziś.

Francuski malarz jest w tym kontekście wyjątkową postacią także z tego powodu, że to właśnie on pozostawił prawdopodobnie najcenniejszą i najsłynniejszą pamiątkę po „okresie paryskim”, jeśli można tak publicystycznie nazwać kilkanaście lat spędzonych przez Chopina w tym mieście. Właściwie jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych pamiątek „chopinowskich” w ogóle. Chodzi o nieukończony obraz Chopin i George Sand. Rozcięty na pół stał się dwoma osobnymi dziełami. Fragment przedstawiający Chopina (wg szkicu miał on docelowo siedzieć przy fortepianie) okazał się być najsłynniejszym portretem pianisty. Przedstawiony w ciemnych barwach, z bujną czupryną, skupiony i zamyślony – to taki Chopin, jakiego znamy najlepiej. Nie przeszkadzają w tym ślady pędzla Delacroix, które przypominają, że to niedokończone dzieło. Wręcz przeciwnie – nadają one obrazowi swoistej symboliki. To dość znamienne, że najsłynniejszy wizerunek kompozytora nosi na sobie namacalne ślady pracy jego najszczerszego przyjaciela. Romantyzm w pełnej krasie – można rzec, jako że mamy do czynienia z dwoma wybitnymi przedstawicielami tej właśnie epoki. Obaj byliby prawdopodobnie usatysfakcjonowani taką oceną.

Wiele przegadali ze sobą podczas wspólnych spacerów po mieście. Prawdopodobnie najwięcej rozmawiali o muzyce i o sztuce. Chopin wykładał przyjacielowi swoje teorie dotyczące dzieła muzycznego, Delacroix zapewne zarażał towarzysza pasją do barw i perspektyw. Myślę, że mnóstwo muzyki z tamtych czasów jest obecnej w obrazach Delacroix. Pewnie większość z niej przedstawił mu, a może nawet zagrał osobiście Chopin. W romantycznej do granic muzyce tego drugiego pełno zaś myślenia przestrzenią, obrazowością i kolorytem. Ciekawe, ile z tych dźwięków zostało zainspirowanych przez wrażliwość Delacroix.

Portret Chopina to coś, co postrzegamy w wielu wymiarach. To jego muzyka, jego biografia, wpływ na kulturę… Portret Chopina to również jego najsłynniejszy wizerunek, który dziś znajduje się w zbiorach paryskiego Luwru. Fascynujące (i romantyczne!), jak bardzo wpłynęła na każdy z tych aspektów artystyczna i ludzka przyjaźń.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017