Opowieści fantastów

27.11.2017 2 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Czas jest pojęciem względnym. Przekonywał o tym choćby św. Augustyn. Kiedy myślimy o przeszłości, teraźniejszości i o przyszłości – wszystko zdaje się nabierać charakterystycznych kształtów. Wszystko się porządkuje, mamy mniej problemów z odszukaniem siebie samych w zgiełku dookoła nas. A jeśli te trzy ramy czasowe to fałsz?

Jeśli znajdziemy się w roku 1984, będzie to dla nas dość daleka przeszłość. Smartfony będą elementem opowieści fantastów, a na listach przebojów będzie królowało Radio Ga Ga. Ktoś jeszcze będzie słuchał list przebojów. Dziwnie ubrani, dziwnie uczesani i dziwnie zachowujący się ludzie szukający rozrywek w monachijskich nocnych klubach albo czytający książki w niewygodnych fotelach w małych mieszkaniach w Skarżysku Kamiennej. Przeszłość jawi nam się przeważnie jako mieszanina kiczu, lekkiej żenady i mimowolnej melancholii. Tak czy siak jest zjawiskiem bardzo bezpiecznym. Bo jest już przeszłością. Bo już się wydarzyła. Bo już mamy do niej dystans. Tak jak do roku 1984. Autor tych słów urodził się 6 lat po 1984. Jest więc to przeszłość totalna pozwalająca interpretować samą siebie rzeczywiście przez pryzmat list przebojów i przez pryzmat powieści Orwella.

Postawmy się na miejscu pisarza. Dla niego rok 1984 to przyszłość. To fantazja podobna do naszych wyobrażeń o roku 2052. Jest to bardzo plastyczny wycinek czasu, poddający się wszelkim pomysłom, przetworzeniom, wyobrażeniom. Staje się tłem dla futuryzmu i antyutopii bijących niemal z każdego zdania Orwella. Przyszłość jest tu głównym bohaterem, oddaje się jej niezwykle istotny głos. W porównaniu z przeszłością ma ona gigantyczną moc podobną do abstrakcyjnej decyzyjności i kreacji. Przeszłość nie może już nic.

George Orwell ma pewien rodzaj niebanalnej władzy nad nami. Za jego sprawą nasze poczucie czasu może ulec kompletnej destrukcji. Wprowadza on nas w interesujący skądinąd dyskomfort, kiedy to przeszłość miesza nam się z przyszłością. Rok 1984, który już był, u Orwella dopiero będzie. I mimo stałej konfrontacji wizji pisarza z naszymi doświadczeniami albo wiedzą – w pewnym momencie łapiemy się na tym, że trudno nam myśleć o 1984 r. inaczej niż o przyszłości właśnie. Zderzamy nasze poczucie czasu (wciąż subiektywne) z poczuciem czasu wynikającego  z powieści (paradoksalnie dużo bardziej obiektywnym). Przeszłość interpretowana jest jak przyszłość. Przyszłość staje się przeszłością.

Czasem sam nie wiem czy rok 1984 dopiero nadejdzie, czy może powróci po krótkiej nieobecności. Subiektywne poczucie czasu potrafi wygenerować ten rodzaj niepokoju. Ta niewiedza i niepewność irytują. Co prawda nikt z telewizora nie każe robić pompek (chyba, że sami poprosimy o to Ewę Chodakowską), nikt uporczywie nie prześladuje, nie ma też przesadnej opresji. A jednak 1984 czyha gdzieś w podświadomym poczuciu, że wszystko staje na głowie. Gdy spojrzeć na ludzi obarczonych obowiązkiem podejmowania decyzji, ich zachowanie i retorykę jaką się posługują – za każdym razem chce się złapać za Orwella. Chociaż tam to przecież przyszłość! No ale okazuje się, że u nas pewnie trochę też.

Najbardziej żal teraźniejszości. Jest zupełnie nijaka i trwa tak krótko, że nawet w ogóle nie trwa. Może zakończyć się katastrofą, może zakończyć się obojętnie. Tak czy siak – nikt jej nie zauważa, bo przecież momentalnie staje się przeszłością. Albo przyszłością – zależy, według kogo i jak kto woli. Zawsze mogę powiedzieć że jest rok 1984 i nikt mi nie udowodni, że tak nie jest. Czas jest pojęciem względnym.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017