Nigdy nie ubiegałem się o dotacje – wywiad z Włodkiem Pawlikiem cz. 2

11.08.2017 9 minuty na przeczytanie artykułu

wlodekpawlik.com/ fot. Marek Bałata

Jeśli ktoś powie, że Włodek Pawlik jest jednym z najważniejszych promotorów polskiego jazzu za granicą – z pewnością będzie miał rację. O jego roli w budowaniu wizerunku polskiego jazzu, o jego stosunku do artystycznej awangardy, a także o tym dlaczego Włodek Pawlik nigdy nie ubiegał się o państwowe dotacje, i dlaczego zawsze pozostaje artystą niezależnym… O tym wszystkim przeczytacie w drugiej części wywiadu z pianistą.

 

MM: I znów pytanie dotyczące procesu twórczego. Czy łatwiej przekazać Panu w muzyce radość czy smutek?

WP: Nie odpowiem na to pytanie, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślę, że nie jesteśmy zero-jedynkowi. Gramy różne rzeczy, cała tradycja muzyki jest tym przepełniona. Gramy rzeczy wesołe i smutne, szybkie i wolne. Muzyka jest pełna takich kontrastów i przy okazji staje się sztuką wyboru.

MM: A harmonia czy melodia? Jest coś, co jest ważniejsze, co jest pierwsze?

WP: To z kolei pytanie konkretne… Dużo komponuję. To są bardzo rożne rzeczy: i na orkiestrę, i wokalne. Tym się różnię od większości jazzowych instrumentalistów, którzy szkolą przede wszystkim umiejętności improwizacyjne. A ja najpierw wolę sobie napisać, a potem poimprowizować. Zresztą często w ogóle nie potrzebuję improwizacji. Piszę również utwory, które są oddalone od jazzowej stylistyki. Na ostatniej płycie 4 Works for Orchestra jest mój II Koncert Fortepianowy, który nie ma ani jednego improwizowanego dźwięku.

MM: Zauważyłem, że ostatnio popularna jest tendencja zmniejszenia zawartości jazzu w jazzie. Improwizacji jest relatywnie mało w stosunku do tematów i całych struktur muzycznych. Stawia się bardziej na brzmienie, klimat. Na płytach Vijaya Iyera jest np. mniej więcej tyle samo improwizacji, co napisanych wcześniej i wyćwiczonych fragmentów.

WP: Jazz to jest słowo, ale nie zapominajmy o ludziach (śmiech). No bo co to jest jazz? Jazz to jest też Chick Corea, który teraz wraca do koncertowania z Chick Corea Electric Band. Fenomen dynamicznie, fantastycznie zagranej muzyki. Jazz to mydło i powidło – dzisiaj to jest wszystko. Na North Sea Jazz Festival są koncerty w salkach dla 50 osób, gdzie prezentują się ci awangardowi intelektualiści. A z drugiej strony mamy wielkie występy: John Mayall, Brecker Brothers, Earth Wind & Fire itd. Tysiące ludzi… To jest ciekawe, na wszystko jest miejsce. Tylko jak ktoś ma pretensje do sławy to niech się zastanowi, gdzie jest złoty środek. Ta perspektywa jest ważna.

MM: Może to jakiś rodzaj hipokryzji… Jest spora rzesza awangardowych muzyków mających pretensje do innych muzyków jazzowych, że osiągają sukces i mogą żyć ze swego nazwiska. A prawdziwym wyznacznikiem awangardy ma być to, że zostaje ona w piwnicy.

WP: Pamiętam, że zaczynałem od awangardy. Grałem na Warszawskiej Jesieni… Ale szybko z tego zrezygnowałem, stwierdziłem, że to nie moja droga. To jest element tego poszukiwania siebie. Mogłem zostać w tej awangardowej piwnicy bo chyba byłem w tym dobry. Ale życie podpowiedziało mi inaczej. Zresztą to w ogóle szerszy temat, bo awangarda sama w sobie jest interesująca. To też jest jakieś środowisko i to też są jakieś pieniądze. Może malutkie, ale da się z tego żyć ,jeśli żyjemy w kraju z tak rozbudowanym systemem dotacji jak Polska czy Niemcy, gdzie Ministerstwo Kultury dotuje głównie projekty „awangardowe”, nazwane ładnie „kultura wysoka”… Z perspektywy takiego artysty, jak ja – który nigdy nie ubiegał się o dotacje i pomoc – to wolny rynek powinien definiować to co zostaje, a co nie. To słuchacz, który płaci za koncert albo za płytę jest jedynym prawdziwym wyznacznikiem i weryfikacją. To jest amerykańskie podejście.

I zobaczmy, jakie są efekty. W Europie istnieje cały system dofinansowania sztuki wysokiej. Organizuje się kilka festiwali, na których wszyscy wszystkich znają. A gdy pytamy przeciętnego przechodnia czy zna artystów występujących na tych festiwalach, czy słucha muzyki awangardowej albo czy w ogóle jest świadom, że ona istnieje – okazuje się, że nie! Nikt nie ma o tym zielonego pojęcia. Tymczasem w Ameryce nie ma żadnych ministerstw kultury, żadnych dotacji. Ministrami kultury są ci artyści, którym się udało. I można o nich powiedzieć jedno – są w tym naprawdę dobrzy. Pytanie, który system jest lepszy? Ja nie jestem oczywiście od osądzania, ale mam swoje zdanie na ten temat.

MM: Czyli wg Pana to sztuka awangardowa jest w pewnym sensie uprzywilejowana i dostaje dużo więcej dotacji. To ciekawe.

WP: Uważam, że jest nierównowaga i jest to niesprawiedliwe w stosunku do tych, którzy nie korzystają z tego, bo nie muszą. Są w Polsce muzycy, którzy się tym nie zajmują, bo po prostu nie mają na to czasu. I mówię tu też o sobie. Pawlik Relations to są też wydawnictwa płytowe, to jest prywatna firma.

 

MM: Rzeczywiście, wydaje Pan się sam. To chyba najlepsza decyzja.

WP: Takie są czasy. Nie jest to łatwe, bo ja za przeciwnika mam państwo… Mam tu na myśli sytuację rynkową. Ja być może bym wszedł w ten system dofinansowań etc. Jednak jest jeden problem – te wszystkie projekty są celowe. To trzeba ładnie opisać, spełnić odpowiednie punkty z klucza. Potem siada komisja weryfikacyjna. Ktoś tam siedzi, ktoś odpowiada za te dotacje. A zatem dobrze jest być w zgodzie z polityką kulturalną ministerstwa. Jeśli coś zrobi się w kontrze do obowiązujących tendencji – to się po prostu tych pieniędzy się nie dostanie…

MM: To interesujące, szczególnie, że chciałem spytać Pana o Pańskie odczucia po Grammy. Nie czuł Pan wtedy właśnie, że istnieje jakaś próba owinięcia tej nagrody, owinięcia Pana nazwiska i Pana muzyki w biało-czerwoną flagę? Nie odczuwał Pan próby uczynienia z Pana pewnego rodzaju wizytówki narodowej? Sukces ma wielu ojców – kiedy Pawlik dostaje Grammy, nagle Grammy dostaje cały „polski jazz”. Zaraz potem dostaje Pan zamówienie od Prezydenta RP, aby napisać utwór „Freedom” z okazji rocznicy Solidarności i wizyty Baracka Obamy w Warszawie.

WP: Gdyby to nie było w zgodzie z moim charakterem czy osobowością to pewnie bym oponował. Ale nie widziałem w tym absolutnie nic złego. Ta nagroda to było wielka sensacja w USA. Nagle na scenie pojawia się Polak i odbiera nagrodę… Ja zresztą powiedziałem wówczas, że jestem z Polski, jestem z Warszawy. Wydawało mi się, że to ważne. Dla mnie na pewno to podkreślenie tożsamości było istotne. To, że zaraz potem zadzwonił prezydent pozwoliło mi też uświadomić sobie, że to szybko dotarło do Polski, i że jest to taka skala informacji. Wszelkie stacje radiowe i telewizyjne przez dwa miesiące dzwoniły non stop. I zawsze się zgadzałem, choćby z racji pewnego długu wdzięczności – bo ja się utożsamiam z Polską, ja tu mieszkam. To mi dużo daje, inspiruje mnie to. Np. Anhelli – płyta trio – nie powstałaby, gdyby nie poemat Słowackiego pod tym tytułem. Obecnie też zresztą zajmuję się muzyką do poezji – Zagajewski, Iwaszkiewicz… Zatem nie ma tu żadnej sprzeczności. To zawsze dobrze, że Polska może kojarzyć się w innym kontekście międzynarodowym niż „Polak wcinający bigos na Green Poincie”.  Dobrze dla nas wszystkich.

MM: Ma Pan takie poczucie: „Zrobiłem dobrą robotę dla polskiego jazzu”?

WP: Nie myślę tymi kategoriami. Ale myślę, że to wynika samo z siebie. W zeszłym roku byłem z wykładami i koncertami w Stanach Zjednoczonych. To była moja muzyka przygotowana przez amerykańskich muzyków i to tylko dlatego, że byłem polskim laureatem Grammy. Z tej perspektywy widać odwrotny mechanizm – w USA jest zainteresowanie polską muzyką, polskim jazzem. To dobrze, bo wszystkim potrzebna jest wymiana pomysłów i inspiracji. Kontakty z innymi muzykami bardzo dużo dają. Tym oddychamy.

MM: Dostaje Pan Grammy… I co? Pierwsza myśl: „Udało mi się! Teraz mam odrobinę czasu na spicie śmietanki”. A może właśnie: „Teraz będzie dopiero nawałnica roboty, żeby nadążyć za tym wszystkim, co zaraz się z moją karierą wydarzy”?

WP: Po pierwsze, jak dostałem Grammy to „wyłączył mi się mózg” (śmiech). Małpi rozum, euforia – na tym polegają te momenty szczęścia. Miałem poczucie, że jestem w przestrzeni absolutnie nowej, ale jedynej w swoim rodzaju. To cudowne, że tam byli muzycy. Jedna wielka rodzina, która oddała mi mnóstwo tego, czego nawet się spodziewałem – wspaniałe emocje. Było czuć tę atmosferę wspólnoty i spontaniczności. Ale to długo nie trwało… Po zejściu ze sceny zaczynają się obowiązki. Zdjęcia, wywiady, wszelkie działania promocyjne. Euforia trwała dwie godziny i wtedy w zasadzie nie myślałem o niczym.

Szokiem był moment bombardowania telefonami z Polski. I to była kilka chwil, kiedy myślałem, że zwariuję. Wtedy rozpoczęła się duża presja. Ale od tego też minęło już trochę czasu i byłbym hipokrytą gdybym powiedział, że to wszystko nie ma sensu (śmiech).

MM: Kiedyś powiedział Pan w jednym z wywiadów, że ta nagroda wiele zmieniła. Ułatwiła kwestie związane z kalendarzem koncertowym, zmartwieniem o „przyszły miesiąc” itd. Jest Pan na muzycznym szczycie. Jak z tej perspektywy wygląda środowisko jazzowe? Ma Pan do niego i do polskiego rynku w ogóle więcej dystansu? Pytam dlatego, że z jednej strony jest Pan cały czas częścią tego środowiska, a z drugiej strony jest Pan gdzieś dużo dalej.

WP: Gdyby nie autentyczna szajba na jazz w Polsce to najprawdopodobniej bym w ogóle tej muzyki nie grał. Ale było to obecne w tym kraju od wielu lat, a ja od zawsze miałem jakieś inklinacje w tym kierunku. O całym środowisku jednak trudno mi mówić, bo zawsze byłem gdzieś obok z racji wielu zajęć i koncertów. Siłą rzeczy nie mogę być świadkiem i uczestnikiem tych wszystkich zdarzeń, które dzieją się na co dzień, więc raczej nie jestem miarodajny, aby odpowiadać na to pytanie. Na pewno mam jakiś swój wkład w tzw. środowisko, choćby przez wieloletnie prowadzenie warsztatów na FAMIE w Świnoujściu, gdzie przewinęło się mnóstwo wspaniałych muzyków. Do dziś spotykamy się na różnych scenach przy różnych okazjach.

MM: Jako środowisko jazzowe traktowałbym poza samymi artystami również promotorów, organizatorów festiwali, właścicieli klubów. Mam na myśli zatem całą tę przestrzeń, która kręci się wokół tego, aby płyty były wydawane, słuchane, aby odbywały się koncerty, i aby te koncerty miały odbiorców. Z tej perspektywy moje wrażenie jest takie, że jednak jest trudno… Dość mały kraj i dość niszowa muzyka. Czy dostrzega Pan jeszcze te trudy ze swojej perspektywy? I może ma Pan jakiś pomysł na to, co zrobić żeby było lepiej, łatwiej? Pytam przede wszystkim jako muzyk, który styka się z tym wszystkim niemal każdego dnia.

WP: Trendy w muzyce są takie, a nie inne, kiedyś na pewno było dużo łatwiej. W latach 70-tych i 80-tych granie w Polce jazzu miało te zalety, że umożliwiało wyjeżdżanie na tzw. kontrakty, na zachód. Muzycy jazzowi mieli tę możliwość. Wiązało się to z tym, że zarabiało się pieniądze w obcej walucie. Przeciętna stawka wynosiła wówczas 200-300 marek niemieckich. Tyle zarabiały wówczas największe gwiazdy polskiego jazzu. Tyle, że wtedy po takich pięciu, kilku takich trasach koncertowych wracali oni do Polski i kupowali sobie np.  mieszkanie w centrum Warszawy. A zatem dwa, trzy takie wyjazdy… Rozumie Pan. Warto było grać jazz!

Dzisiaj sytuacja się wyrównała, te kwoty nie robią już takiego wrażenia. Kluby na zachodzie nie dają już zbyt wielkich możliwości finansowych… Stwarza to wiele problemów. A jest o co walczyć, bo muzyka jest piękna! Myślę sobie teraz, że to też kwestia muzyków. Zwalać wszystko na cały świat jest bez sensu. Fenomen jazz-rocka pokazuje, że warto spróbować znaleźć swoje miejsce w odniesieniu do oczekiwań szerszej publiczności. Weather Report, Mahavishnu Orchestra czy elektryczne zespoły Davisa – to wszystko była reakcja na ducha tamtych czasów i ci muzycy świetnie się do nich  dostosowali. Warto obserwować ten nieobliczalny proces przenikania się wielu sfer. Dziś, w epoce Internetu jest to jednak szczególnie trudne – każdy może być artystą, każdy może wydać płytę.

Kiedyś rozwarstwienie było bardziej naturalne. Była chałtura czyli tzw. „kotlet” i była sztuka. I jazz mieścił się zdecydowanie na tej drugiej półce. Był odbierany jako coś fajnego. A teraz pojawia się pytanie: jak przerzucić most nad coraz większy murem, który oddziela nas od tego głównego nurtu  muzyki popularnej. Nie mam na to dobrej odpowiedzi… Trzeba robić swoje. Robić to konsekwentnie i dobrze. Ale pamiętajmy, że jeśli odetniemy się od tzw. przeciętnego słuchacza to jest koniec. Nie poradzimy sobie sami ze sobą.

MM: Słucha Pan dużo nowej polskiej muzyki jazzowej?

WP: Trochę tak, w ramach moich możliwości.

MM: Myśli Pan, że jest kolejny kandydat do „polskiego Grammy”?

WP: Nie wiem. Ale życzę każdemu. Rzeka płynie, wszystko przed nami (śmiech).

MM: Artyści bardzo często patrzą w przyszłość, poszukując kolejnych dróg rozwoju itd. Niemniej jednak czasami każdemu zdarza się spojrzenie za siebie. Panu zdarza się spoglądać w przeszłość czy myśli Pan jedynie o kolejnych projektach?

WP: Zdarza się oczywiście, ale czas płynie dalej! Z mojej perspektywy cały czas jest akcja. Patrzę raczej do przodu. Choć dzięki Grammy wiele moich wcześniejszych dokonań zostało przypomnianych i zyskało drugie życie. W tym sensie przeszłość trochę mnie dotyka. Ale cały czas dzieją się nowe rzeczy. Nowa płyta, tym razem, solowa, jest już nagrana. Czeka na wydanie.

MM: Gdyby miał Pan dziś zacząć wszystko od nowa, zmieniłby Pan coś?

WP: A po co (śmiech)? Wszystko jest OK! Nigdy nie przypuszczałem, że w moim życiu wydarzy się to, co się wydarzyło do tej pory. Zawsze kierowała mną miłość do muzyki. I to spowodowało, że nie jest źle. Mam grono oddanych fanów. Dorobiłem się tysięcy życzliwych ludzi, którzy czekają na następne przedsięwzięcia i to mi daje wielką satysfakcję.

 

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017