Czy naprawdę chcemy takiego życia?

07.07.2017 4 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

„Co Bóg zechce – Bóg ma” – śpiewał Roger Waters na płycie Amused To Death. Utwór What God Wants był wyrazem jego niezgody na ideę, że Bóg (dowolnie interpretowany) może opowiadać się po czyjejkolwiek stronie w jakiejkolwiek sprawie. Po 25 latach poznajemy nową opowieść – dotyczącą naszej rzeczywistości, naszych problemów i dylematów. Jej tytuł to Is This the Life We Really Want? a zaczyna się tak:

 

If I had been God
I would have sired many sons and

I would not have suffered the Romans to kill even one of them
If I had been God
With my staff and my rod
If I had been given the nod
I believe I could have done a better job

Trochę się zmieniło. Nikt nie zastanawia się już, czego chce Bóg. Dziś nie ma to już żadnego znaczenia. Nikogo, kto choć trochę zna Watersa nie dziwi chyba łatwość z jaką nie tylko wczuwa się w rolę Wszechmogącego, ale też jasno stwierdza że urządziłby to wszystko dużo lepiej. Świat opisywany przez niego różni się natomiast od tego, który na zmianę obśmiewany i opłakiwany był na Amused To Death. Nie cierpi on już z powodu dążących do konfliktów polityków, z powodu ogłupiającej telewizji, kaznodziejów. To nie jest świat zdezorientowanego społeczeństwa stojącego przed rozsypanym murem berlińskim i nie wiedzącym co zrobić ze swoją wolnością. Ludzie przedstawieni na Is This the Life… to zbiór jednostek, które nie wiedzą co zrobić ze sobą w ogóle. Mamy wielkie problemy z powodu wojen i wszędobylskich dronów, z powodu tłustych bankierów i przemysłu wyniszczającego naturę. Nie jest to bynajmniej obraz krzepiący i pełen nadziei…

Tak jak fragment utworu The Last Refugee:

And I dreamed I was saying goodbye to my child
She was taking a last look at the sea
Wading through dreams, up to our knees in warm ocean swells
While bathing belles, soft beneath
Hard bitten shells punch their iPhones
Erasing the numbers of redundant lovers

Syryjskie dziecko wyrzucone na brzeg przez morze, obecne zarówno w tekście utworu, jak i (w subtelnym nawiązaniu) w teledysku musiało zrobić wstrząsające wrażenie na autorze. Pamiętam, jak pisał o tym wówczas w swojej nocie opublikowanej w mediach społecznościowych. Współczesność rozumiana przez pryzmat ślepej zachłanności, brutalnej polityki, wojny i zaniedbywania relacji międzyludzkich spotyka się z głębokim protestem Watersa. Wiele gorzkich tekstów, często wyszeptanych albo wykrzyczanych przenosi nas w klimat tak dobrze znany z floydowskiego Animals czy The Wall. W Picture That Waters śpiewa:

Picture your kid with his hand on the trigger
Picture prosthetics in Afghanistan
Picture a courthouse with no fucking laws
Picture a cathouse with no fucking whores

Picture a shithouse with no fucking drains
Picture a leader with no fucking brains

Najważniejsza dla mnie konstatacja po wysłuchaniu najnowszej płyty Rogera Watersa jest taka, że w porównaniu z jego poprzednimi, zaangażowanymi społecznie dziełami – problematyka w dużej mierze pozostała ta sama… Tylko twarze i postaci się zmieniły. Zastanawia jedynie to, że jeśli poruszana tematyka pozostaje aż tak aktualna z biegiem lat, to znane z przekonania o zbawczej mocy swojej muzyki i tekstów ego autora musi nieco cierpieć. Pewnie o tym też w jakiejś mierze jest ta płyta. O ile lata temu Waters śpiewał swoiste odezwy do Margaret Thatcher (powtarzane jak mantra na Final Cut „Maggie, what have you done?”), tak teraz wścieka się on na Donalda Trumpa – „lidera bez pieprzonego mózgu”. Nie ma wątpliwości, że akurat o Trumpa chodzi – jego buńczuczna wypowiedź pojawia się w jednym z utworów w tle, a na obecnej trasie podczas utworu Pigs na ekranie wyświetlany jest wizerunek prezydenta USA z podpisem „Trump is a pig”. Muzyka jest więc – co w tym przypadku oczywiste – równorzędnym elementem dla diagnoz i frustracji wyśpiewywanych przez byłego Floyda. Sama „ocenzurowana” okładka płyty jest już komentarzem politycznym samym w sobie. Powracając do moich przemyśleń – cały Waters, nic się nie zmieniło…

Doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze! Is This the Life We Really Want? to płyta przepełniona znanymi już motywami, charakterystycznymi zabiegami aranżacyjnymi, harmonicznymi i melodycznymi. Napotykamy tu również wiele autocytatów, zarówno w warstwie czysto muzycznej (nie do pomylenia są motywy kojarzące się z One of These Days, Have A Cigar, Mother czy Dogs), jak i w warstwie lirycznej (nie przez przypadek w tekstach przewijają się frazy takie jak „wish you were here” czy „breathe in the air”). Muzyce towarzyszą oczywiście spopularyzowane przez Pink Floyd efekty dźwiękowe: wybuchy, urywki audycji telewizyjnych, odgłosy zwierząt itp. Odcinając się od głosów krytycznych wobec takich zabiegów Watersa – stwierdzam, że to wszystko jest bardzo na miejscu. On sam zapytany przed wydaniem albumu o to, czy będzie to album koncepcyjny odparł „A mam się teraz zmieniać?”. To zdanie jest chyba istotą tego wydawnictwa.

Interpretuję ją jako pożegnanie (w sensie zamknięcia swojej dyskografii) i podsumowanie pewnego rodzaju spuścizny muzycznej i lirycznej Rogera Watersa. W tym kontekście warto posłuchać zamykającego płytę Part of Me Died – swoistego rachunku sumienia. Album sumujący niejako jego muzyczne pomysły i przypieczętowujący jego typ wrażliwości jest też pewnie jego ostatnim tak bogatym komentarzem do otaczającego nas świata. Dla fanów zespołu Pink Floyd i jego egocentrycznego lidera, którzy dorastali w towarzystwie tych narracji i próbach tłumaczenia świata – to pewnie też ważny moment aby jeszcze raz spojrzeć na wszystko z dystansu i zastanowić się nad pytaniem zadanym w tytule płyty.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017