My, papugi

02.12.2018 2 minuty na przeczytanie artykułu

Od paru miesięcy toczę w domu spór o adapter. Stare się rozleciały i chciałem kupić nowy. – Po co ci – słyszę. – Przecież nie masz słuchu. Przez tyle lat nie zbierałeś winyli, nie chciałeś żadnych patefonów, stary, jeszcze po rodzicach gnił latami w szafie i nagle co się stało? Wszyscy sobie kupili to i ty chcesz?

 

Wszystkim się znudzi to wyniesiesz do piwnicy – pada bezwzględna diagnoza bliskiej mi osoby. Do tego szereg argumentów technicznych, że według niezależnych badań dobrze nagrana płyta CD w pełni oddaje dźwięk winylowy.

Wszystko to prawda. Chcę kupić adapter, bo wszyscy sobie kupili, zobaczyłem u różnych znajomych i stwierdziłem, iż bardzo mi się podoba. Wcześniej oglądaliśmy je tylko na stołach didżejskich, a od kilku przeprowadzają prawdziwą inwazję na nasze domy. Co więcej powynajdowałem po zakamarkach winyle sprzed kilkudziesięciu lat, a do tego trochę nowych dostałem. Chcę je móc puszczać na sprzęcie takim nawet trochę lepszej jakości. I to pomimo tego, że nie mam słuchu muzycznego, nie nauczyłem się na niczym grać, a mój kontakt z harmonijką ustną marki Hohner skończył się prośbami rodziców bym przestał. Nie pomogła nawet książeczka – instruktarz z dołączonymi kasetami Sławka Wierzcholskiego, organkowego wirtuoza i założyciela „Nocnej Zmiany Bluesa”.

Nie dość tego. Ostatnio bardzo mi się podoba polska piosenka przedwojenna. Taką jaką można usłyszeć w „Trójce” w niedzielne popołudnia w audycji Jana Młynarskiego, którą – jakoś mimo wrodzonej głuchoty – udało mi się wymyślić.

„Panna Leokadia

Nie może żyć bez radia

Największą ma przyjemność

Wtedy, kiedy radio gra

Sygnał czasu, płyty

Gimnastyka, odczyty

I wszystkie głosy w radio

Już na pamięć prawie zna”.

Ostatnio puściłem to mojej mamie, która stwierdziła z oburzeniem: – dziecko, ja słuchałam „Rolling Stonesów”, a tego słuchała przed wojna twoja babcia.

Tyle, że ludzie tego znowu słuchają. Trzech czwartych tytułów piosenek i nazwisk połowy wykonawców do niedawna w ogóle nie znałem. Nigdy tego nie słuchałem, bo praktycznie poza Bolcem z „Chłopaki nie płaczą” praktycznie nikt tego nie słuchał. I nagle zaczął się wielki renesans. Powstało ileś tam kapel, projektów muzycznych, a boom dopiero zapewne przed nami. Takiej mody na przedwojenną piosenkę wśród młodych ludzi jak dziś nie było od dziesiątek lat. Sprawiły to zapewne częściowo winyle, bo przecież tamte piosenki muszą szumieć, a czasem nawet lekko zgrzytać. Przyczyny, mam nadzieję, też są inne. Obchody stulecia polskiej niepodległości czasem są wspaniałe, czasem męczą, ale chyba tamtą Polskę i jej kulturę wbrew licznym zabiegom naprawdę cenimy i fascynujemy się nią. W końcu w naszych domach gdzieś tam zalegają pamiątki po niej. Poza tym nowe bywa dziś już czasem tak mało nowe, że człowiek ma ochotę sięgnąć po to najstarsze.

I guzik mnie obchodzi, że wszyscy tak robią. Że to kwestia mody. Że podobno już się winyl zaczyna nudzić, a nadchodzi uderzenie i wielki powrót kaseciaków. Wtedy być może wyciągnę starego kaseciaka, a póki co kupię sobie adapter. Nie zawsze robienie tego co robią wszyscy inni jest zdrowe i dobre. Gdyby na przykład wszyscy moi znajomi zaczęli faszerować się dopalaczami, zostali komunistami albo wzorem Toma Cruise’a przystąpili do kościoła Scjentystów, raczej bym odmówił. Ale póki co tak masowo nie robią. To dość naturalne i opisane, że ludzie zachowują się często stadnie, a poza tym jak wszyscy zaczynają słuchać winyli, to pojawiają się one na rynku. A, bym zapomniał dodać, że kupiłem też sobie niedawno deskę longboardową, mam kilka patriotycznych koszulek i smartwatcha. Inni mieli, więc też się zdecydowałem.

Wiktor Świetlik