Muzyka a grafika

21.07.2017 4 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Mawia się, że nie warto oceniać książki po okładce. Czy tak samo jest w przypadku płyt? Pewnie tak – szkoda, żeby zły projekt graficzny albo po prostu coś nie pasującego do naszego poczucia estetyki zniechęciło nas do odszukania ciekawych dźwięków, które mogłyby jak najbardziej wpisać się w nasz gust. Niemniej jednak okładki pełnią taką samą rolę „pierwszego kontaktu” z dziełem, jak w przypadku książek albo gier komputerowych.

 

Zaskakujące jest to, jak często po tym pierwszym kontakcie okładka płyty pozostaje już tylko tłem do umieszczenia nazwy zespołu i tytułu albumu. Sama w sobie zaś funkcjonuje na półce w zapomnieniu. Czasem zasłużenie, czasem wręcz przeciwnie.

Okładki są ważne! Jeśli przyjrzeć się historii obrazków umieszczanych na vinylach, kasetach, potem na CD, dziś w iTunes – można stwierdzić, że mamy do czynienia z pewnym osobnym kierunkiem sztuki. Płytowe grafiki najpierw służyły jako przedstawienie wizerunku artysty. W latach 50-tych XX w. musiały one zawierać tytuł płyty i obowiązkowo zdjęcie wykonawcy. Całość przybierała najczęściej formę quasi-plakatową (odpowiadającą estetyce amerykańskich banerów reklamowych). Pamiętajmy, że nie były to czasy, kiedy zdjęcia można było sobie ściągnąć z Internetu. Wydany album był najczęściej jedyną wizytówką artysty czy zespołu!

W latach 60-tych bardzo szybko zaczęto traktować okładki płyt jako mini-dzieła sztuki i osobne twory artystyczne. Zaczęły one obrazować muzykę i jej klimat, często opowiadając po trosze swoją własną historię. Trend ten utrzymał się przez długie lata, być może nawet i do dziś. Tyle, że dzisiejsze warunki na rynku muzycznym będącym ściśle związanym z biznesem wielkich korporacji wpływają na estetykę grafik płytowych, wymuszając najczęściej takie kierunki, które pozwolą muzykę skuteczniej sprzedać. Stąd też o wiele częściej napotykamy w sklepach płytowych wydawnictwa okraszone uroczymi, dość plastikowymi wizerunkami popularnych wokalistek i wokalistów. Okładka płyty spełnia podobną funkcję, co zdjęcie umieszczone w lifestyle’owym magazynie. Nie mówiąc już o całym szeregu zdjęć wyjętych prawdopodobnie z sesji dla magazynów erotycznych – lepsze bądź gorsze tyłki i biusty oferują nam zawartość muzyczną. Trudno mi zazwyczaj stwierdzić, co ma mi to powiedzieć, co przedstawić (poza tyłkiem i biustem). Oczywiście nie jest to jedyna i brutalnie dominująca dziś tendencja, choć dostrzegam pewne niebezpieczne odchyły w tym kierunku. Nie chcąc zbytnio narzekać muszę jasno stwierdzić – jest i dziś mnóstwo fantastycznych okładek. Trzeba jedynie trochę poszukać, do czego zachęcam. Można znaleźć prawdziwe skarby…

Tak jak skarbem okazały się niektóre obrazki The Beatles. Poza tym, że Abbey Road kojarzy się muzykom z najsłynniejszym studiem nagraniowym na świecie, to jednak dla większości ludzi jest to legendarne przejście dla pieszych w Londynie, po którym spaceruje Czwórka z Liverpoolu. Tak bowiem wyglądała okładka płyty zatytułowanej właśnie Abbey Road. Muszę wspomnieć przy tej okazji o innej wielkiej płycie, czyli o Sierżancie Pieprzu, który w tym roku kończy swoje 50-te urodziny. O okładce tego albumu napisano już wszystko, przeanalizowano ją wszerz i wzdłuż. Warto jednak zauważyć, że obrazek przedstawiający Beatlesów w towarzystwie wyciętych z kartonów postaci jest jednym z najwspanialszych przykładów graficznych królującego wówczas popartu. Kolorystyka, gałązki konopi indyjskich wskazują też rzecz jasna na drugą połowę lat 60-tych – czyniąc z Sierżanta Pieprza jeden z czołowych wizerunków społeczności dzieci kwiatów.

Wracając na chwilę do popartu – słynnym przykładem przenikania się tego kierunku artystycznego i muzyki rockowej jest pierwszy album The Velvet Underground. Okładkę przedstawiającą banana w skórce (są też wersje z obranym owocem) zaprojektował nie kto inny, jak legendardny twórca popartu Andy Warhol. Jest to zresztą jedna z tych historii, kiedy okładka żyje swoim własnym życiem, staje się osobnym dziełem sztuki. „Bananowa grafika” Warhola jest wykonana w tak bardzo rozpoznawalny – warholowski – sposób, jednocześnie idealnie odzwierciedlając charakterystykę całego popartu, że jest ona chyba bardziej rozpoznawalna niż sama płyta The Velvet Underground and Nico. Wiele znaczący obrazek dołączony do wiele znaczącej muzyki, a wszystko to wydane w niezwykle znaczących dla sztuki i kultury czasach.

Pewnie na osobny artykuł, a może i na całą opasłą książkę zasługuje wątek okładek płyt Pink Floyd. Spotkałem się już parę razy z opiniami, że Floydzi są w wielu kręgach bardziej znani ze swych cudownych okładek niż z nieprzystępnej muzyki. Jako fan „Fajansa” oczywiście nie mogę się z tym zgodzi.

Jedno jednak trzeba przyznać – wątek okładek płyt Pink Floyd jest w ich twórczości niezwykle ważny. Opracowania graficzne przygotowywane przez słynnego Storma Thorgersona to prawdziwe arcydzieła. Zarówno minimalistyczny pryzmat na czarnym tle zdobiący The Dark Side of The Moon (stanowiący wówczas kontrę do umieszczania dużej ilości tekstów na obwolutach), jak i pełne rozmachu zdjęcia z okładek Wish You Were Here czy Animals zostają ze słuchaczem nie tylko podczas słuchania muzyki, ale jeszcze długo potem. Szczególnie ważne wydaje się w tym kontekście zdjęcie dwóch mężczyzn podających sobie ręce, podczas gdy jeden z nich płonie (to z okładki Wish You…). Tytułowe wołanie: „chciałbym żebyś tu był” to watersowski krzyk rozpaczy i tęsknoty za nieodżałowanym przyjacielem Sydem Barrettem. Okładka potrafi powiedzieć tyle samo, co muzyka…

Grafika płytowa może również powiedzieć bardzo wiele na temat zespołu, niekoniecznie odwołując się ściśle do samej płyty. Najprostszy przykład to pierwszy album Led Zeppelin, na którym oglądamy legendarny sterowiec (zeppelin). Dużo bardziej wymowne jest jednak zdjęcie pochodzące z pierwszego albumu Rage Against The Machine zatytułowanego tak, jak nazwa zespołu. Okładka przedstawia fotografię buddyjskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia w Sajgonie w 1963 r. Był to akt niezgody przeciw dyktaturze panującej w Wietnamie. Czy można sobie wyobrazić bardziej dobitny obrazek towarzyszący debiutanckiej płycie zespołu rapcore’owego, legitymującego się tak bardzo zaangażowanymi politycznie tekstami?

Tych przykładów jest naprawdę mnóstwo. Warto pochylić się np. nad fantastycznymi okładkami płyt zespołu Hurts (w szczególności płycie Surrender), które bazując jedynie na wizerunku duetu, podkreślają nienaganny styl, elegancję i pewien chłód obecny w ich muzyce. Spójrzcie na wszystkie okładki monachijskiej oficyny ECM. Od lat są one utrzymane w pewnym charakterystycznym, mocno impresjonistycznym stylu, który tak doskonale charakter muzyki nagrywanej dla wytwórni, jak i jej niepowtarzalnego brzmienia.

Pochylmy się nad płytami naszych ulubionych wykonawców i poszukajmy w nich czegoś interesującego. Poszukajmy jakiegoś przekazu, który może okazać się naprawdę ważny.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017