Mistrzowie sportu, którego nikt nie uprawia

10.01.2019 5 minuty na przeczytanie artykułu

W listopadowym wydaniu „Konceptu” na sto lat polskiego sportu w Niepodległej spoglądaliśmy przez pryzmat szalonego życia Stanisława Marusarza, pierwszego wielkiego skoczka narciarskiego w naszym kraju. Dziś na moment musimy wrócić do tej postaci.

Początek XX wieku. W parku Stryjskim we Lwowie Polacy po raz pierwszy wpadli na pomysł, by przypiąć do stóp drewniane deski, wykorzystać oblodzoną górkę i odbijając się z niewielkiego wzniesienia, spróbować unieść się na moment w powietrzu. Za naśladowanie jednego z pierwszych skoczków narciarskich na świecie – Sondre Norheima z okolic miejscowości Telemark w Norwegii, wziął się nastoletni Leszek Pawłowski. W wieku 13 lat, w uzdrowiskowej miejscowości Sławko w Bieszczadach, wygrał on pierwszy oficjalny konkurs skoczków w Polsce. Był 1908 rok. Niewykluczone, że oznaczałby on w naszej historii start wieloletniej pawłowskomanii. Przeszkodziła wojna i fakt, że młody narciarz postanowił przebranżowić się na… lekkoatletę. W skoku o tyczce doczekał się zresztą tytułu mistrza Polski.

Po upływie 110 lat od wydarzeń ze Lwowa rzeczywistość skoków narciarskich w naszym kraju nieco się zmieniła. Lider kadry, Kamil Stoch, raczej nie zastanawia się nad rozpoczęciem kariery na stadionach lekkoatletycznych. Zamiast kilku widzów w parku, jego popisy oglądają rekordowe, wielomilionowe widownie przed telewizorami w całym kraju. Co więcej, Lwów od wielu dekad nie jest już nawet polskim miastem. Nie zmienia się tylko to, że skoki narciarskie są sportem regionalnym, niszowym i w skali świata niemal niezauważonym. Jak to możliwe, że taka dyscyplina została naszym dobrem narodowym?

Znaleźć niszę

Profesja skoczka narciarskiego istnieje zaledwie w dwudziestu kilku krajach świata. W dyscyplinie tej właściwie nie funkcjonuje sport amatorski, przez co nigdzie nie uprawia go więcej niż 200‒300 osób. Utrzymać się z latania na nartach może zaledwie garstka tych, których występy pokazywane są w telewizji. Reprezentacja Włoch, którą w 2016 r. obejmował Łukasz Kruczek, choć znajduje się w dziesiątce światowego topu, nie gwarantowała nawet skoczkom pieniędzy na kupno nart. Ci najlepsi otrzymują z federacji kombinezony, kaski i gogle. Resztę muszą zorganizować sami.

Od lat, obok Polski, najlepszych skoczków na świecie mają Niemcy, Austriacy i Norwedzy. W żadnym z tych krajów, mimo sukcesów, dyscyplina ta nie jest jednak najpopularniejszą nawet wśród zimowych zmagań. Nasi zachodni sąsiedzi wolą biathlon. U Austriaków i Norwegów znacznie lepiej ogląda się narciarstwo alpejskie i biegi. Niemal równie zwariowani na punkcie skoków, co Polacy, są właściwie tylko Słoweńcy. Nawet u nich popularność tej dyscypliny nie osiąga jednak takiego poziomu, jak nad Wisłą.

W 2017 r. konkursy skoków narciarskich zajęły w naszym kraju 3. i 6. miejsca w rankingu najlepiej oglądanych programów telewizyjnych. Ustąpiły tylko dwóm starciom piłkarskiej reprezentacji Polski i pojedynczym odcinkom „Teleexpressu” i „M jak miłość”. Numer 3. tej listy – zawody w Bischofshofen odbywające się w ramach Turnieju Czterech Skoczni, oglądało 6 910 749 telewidzów. To niemal połowa wszystkich, którzy w tym momencie siedzieli przed telewizorami. Rankingowa szóstka – transmisja z konkursu w Lahti, przyciągnęła przed telewizory 5 611 203 Polaków.

Kolejnych dowodów na szaloną popularność tej dyscypliny w Polsce nie trzeba zresztą szukać daleko. Ranking instytutu badań „ARC Rynek i Opinia” z 2017 r. wskazuje, że wśród trzech najpopularniejszych polskich sportowców jest aż dwóch skoczków narciarskich. Na jego czele znalazł się nieaktywny od lat Adam Małysz. Trzecie miejsce zajął Kamil Stoch. Skoczków przedzielił jeden z najlepszych piłkarzy na świecie – Robert Lewandowski.

Nie do ruszenia

Z oglądania skoków narciarskich uczyniliśmy praktycznie sposób na życie. Klasyczną rozrywką po niedzielnym obiedzie, od momentu pierwszych sukcesów Adama Małysza, jest właśnie wspólne, rodzinne oglądanie kolejnych zimowych konkursów. Przez lata podniósł się poziom całej naszej kadry, więc największą zmianą w domach jest to, że z kuchni nie słyszymy już: „wołajcie, jak będzie skakał Małysz” jak niegdyś, a raczej: „wołajcie, jak będą skakać nasi”. Sporych sukcesów można bowiem oczekiwać od przynajmniej trzech liderów kadry. To, jak silną pozycję w naszym narodowym mikroklimacie mają skoczkowie, pokazują nie tylko zwycięstwa w prestiżowych rankingach – jak choćby przyznanie Kamilowi Stochowi tytułu Sportowca Roku „Przeglądu Sportowego” 2017, ale także to, jak chętnie społeczeństwo staje po ich stronie w sprawach bynajmniej nie sportowych. Gdy kilka miesięcy temu portale plotkarskie zaczęły rozpisywać się o rozstaniu Piotra Żyły z jego żoną Justyną, a ekspartnerka polskiego skoczka raz po raz oskarżała go o zdrady, szantaże i zaniedbania rodzicielskie, notowania popularnego „Wiewióra” niemal zupełnie nie spadły. Dziś, nieprzerwanie, jest on dopingowany przez kibiców i sięga po kolejne sukcesy w Pucharze Świata, a jego żona, która wydawała się stroną pokrzywdzoną, musi stawać na głowie, by media całkowicie o niej nie zapomniały. Narciarski związek sportowy to też chyba jedyny w kraju, któremu naprawdę ufamy. Gdy w styczniu 2018 r., uważany niegdyś za wielki talent, Jan Ziobro wytoczył ciężkie działa przeciw krajowej federacji, na cel biorąc m.in. obecnego koordynatora kadry Adama Małysza, próżno było szukać wyraźnego społecznego odzewu i rosnącego zainteresowania słowami młodego zawodnika. Sprawa umarła śmiercią naturalną. Instytucja gwarantująca sukcesy i mająca w strukturach postaci tak lubiane jak Małysz czy Apoloniusz Tajner okazała się nie do ruszenia.

ZŁOTA POLSKA ZIMA

W sprawie naszej sympatii do narciarskich struktur może trwać zresztą status quo, bo i pasmo sukcesów polskich skoczków na razie się zresztą nie zakończy. Potężne zainteresowanie i coraz większe pieniądze spływające do tej dyscypliny w naszym kraju w połączeniu z grupą wielkich talentów, w których pasję do skoków zaszczepiła małyszomania, to perpetuum mobile. Właśnie trwa kolejny sezon, który ma być dla naszych sportowców bardzo udany. Stoch i Żyła pozostają w ścisłej czołówce tabeli Pucharu Świata. Wiele wskazuje na to, że mimo znakomitego startu zmagań w wykonaniu ich japońskiego rywala Ryōyū Kobayashiego, będą do końca walczyć o Kryształową Kulę. – Wydaje mi się, że Kobayashi będzie wysoko, ale na dystansie sezonu nie wytrzyma tempa i ostatecznie ustąpi Kamilowi Stochowi. Powalczyć może też młody, ale już utytułowany Norweg Johann André Forfang i… Piotr Żyła, choć brzmi to na razie absurdalnie i nieprawdopodobnie – mówi nam dziennikarz „Przeglądu Sportowego” Michał Chmielewski.

Zwycięstwo w Pucharze Świata to jednak niejedyny cel naszych najlepszych skoczków na ten sezon. – Najważniejsza impreza sezonu to mistrzostwa świata w Seefeld. Polacy mówią w tym sezonie, że mają pięć celów: Turniej Czterech Skoczni, loty narciarskie, klasyfikacja generalna oraz mistrzostwa świata indywidulanie i w drużynie. Nasi dobrze potrafią wstrzelić się w takie imprezy, bo za Horngachera mamy przecież już drużynowe medale na mistrzostwach w Lahti dwa lata temu i przed rokiem na igrzyskach w Pjongczangu. Problem na razie jest jednak z wyborem tego „czwartego” skoczka do drużyny. Wiadomo, że w składzie jest Stoch, Kubacki, Żyła i… no właśnie. Tu na razie brakuje wyraźnego faworyta – dodaje Chmielewski.

I pewnie byśmy się tą niekompletną drużyną zmartwili, gdyby nie fakt, że nasze pokolenie pamięta jeszcze czasy, w których awans Skupnia czy Matei do drugiej serii konkursu był uznawany za spory sukces. Po dwudziestu latach od tych smutnych chwil stochomania trwa w najlepsze. A my, cóż, będziemy się cieszyć z kolejnych medali. Nawet jeśli okaże się, że na całym świecie dyscyplinę tę uprawiają już wyłącznie Polacy…

Filip Cieśliński