Manfred się złamał!

08.12.2017 2 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Kiedy jakaś wytwórnia płytowa, dystrybutor czy artysta decydują się na opublikowanie nagrań w serwisach streamingowych nie wstrząsa to branżą muzyczną, środowiskiem dziennikarskim ani grupą odbiorców. Jakakolwiek kontrowersja, skrajne odczucia i większe zainteresowanie pojawiają się wtedy, gdy do streamu wchodzą Beatlesi, Floydzi, a także kiedy decyduje się na to Manfred Eicher.

Szef monachijskiej oficyny ECM wzbraniał się przed Spotify czy TIDALem bardzo długo. W pewnym momencie sprawiał wrażenie ostatniego wiernego rycerza w walce o fizyczne nośniki. Wytwórnia, której jest założycielem i żyjącą legendą od zawsze uchodzi za symbol świetnej (audiofilskiej) jakości nagrań. Te zaś wydawane na płytach CD i na vinylach kojarzyły się jednoznacznie z produktami ekskluzywnymi (na co wskazuje ich cena), o bardzo rozpoznawalnym brzmieniu. Brzmienie to zresztą doczekało się dość szybko swojej własnej łatki wśród miłośników jazzu. Hasło „ECM” w rozmowach prowadzonych przez muzyków czy producentów mówi bardzo wiele. Niesie za sobą konkretne skojarzenia, konkretne emocje i bardzo konkretny klimat nagrań.

Moim zdaniem to właśnie charakter brzmienia i wyjątkowy klimat odpowiadający dyrektorowi wytwórni (Eicher jest producentem wszystkich wypuszczanych przez ECM płyt, znakomitą większość z nich również miksuje) wyróżnia jej nagrania. W mniejszym stopniu jest to tzw. audiofilskość, która w zasadzie jest dla mnie trudna do zdefiniowana. Tak czy siak wyśmienitej jakości wydawanych przez ECM płyt absolutnie nie można odmówić. To nadal jeden z najpiękniejszych dźwięków (jeśli nie najpiękniejszy!) w jazzie i klasyce. Trudno też kłócić się z faktem, że nieobecność wytwórni w streamie, a także wysokie ceny jej wydawnictw spowodowały utworzenie się wokół niej ogromnej rzeszy fanów, melomanów, audiofilów i zbieraczy nośników, którzy za ECM gotowi są zapłacić w sklepach i antykwariatach każde pieniądze.

Fizyczny nośnik taki jak CD czy vinyl zawsze służyły Eicherowi jako argument przeciw złej cyfrze, która kojarzona była ze „złą mp3-ójką” – sprasowaną, skompresowaną, pozbawiającą muzyki 90% jej rzeczywistego brzmienia. Sugerując się tym prostym stereotypem: „płyta kupiona w sklepie = świetna jakość, płyta ściągnięta z sieci = skompresowany chłam” można było rzeczywiście temu ulec i nawet zgodzić się. Prawa jest jednak taka, że przy wykupionych abonamentach w serwisach streamingowych – jakość dźwięku pochodzącego z pliku jest naprawdę zadowalająca. Warto też zakończyć wszelkie mity dotyczące nieskazitelności płyt CD. Jeśli zestawić bowiem ze sobą plik WAV z płytą – ten pierwszy zawsze będzie czystszy i „prawdziwszy”. WAV jest pierwszy – to on jest wygenerowany po sesji nagraniowej i to on jest dopiero wypalany na płycie, która sama w sobie już będzie zachowywała elementy kompresji. Myślę, że Manfred Eicher doskonale o tym wie. Pewnego rodzaju konserwatywna postawa być może była pewnym zagraniem wobec swoich własnych, często konserwatywnych odbiorców? Nie wiadomo.

Wiadomo jednak, że Manfred się złamał i postawił na stream. Nie zgadzam się z tymi wszystkimi, którzy wieszczą koniec rynku muzycznego, którzy wieszają psy na ECM, którzy narzekają na zaprzedanie ideałów przez legendarną wytwórnię. Uważam, że nie należy się obrażać na otaczający nas świat. ECM wchodząc do streamu uzyskało szansę pokazania się milionom ludzi, którzy w dzisiejszych czasach nie mieliby szansy go poznać poza przestrzenią wirtualną. A ci, którzy kupowali płyty ECM z racji szacunku do nośnika i chęci posiadania pięknie wytłoczonego wydawnictwa – będą kupować je nadal, jestem niemal pewien. Ja sam doceniam różne formy, trudno byłoby mi wymienić jedną ukochaną… CD są świetne i kompaktowe, vinyle trzeszczą i wiążą się z obrzędem słuchania muzyki, cyfra jest wygodna i przy okazji potrafi naprawdę doskonale zabrzmieć. Dobrze jest mieć wybór.

Manfred Eicher zrobił psikusa ortodoksom, którzy często uznawali go za proboszcza w swojej parafii. Ja po części oczekiwałem wejścia ECM w przestrzeń streamingową, ale szczerze mówiąc nie wierzyłem w to zbyt mocno. Jestem mile zaskoczony.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017