Maciej Sadowski – startup w Polsce

05.03.2020 7 minuty na przeczytanie artykułu

Udało nam się porozmawiać z Maciejem Sadowskim, dla którego kierowanie pracami Fundacji Startup Hub Poland jest ucieleśnieniem wielkiej idei – tworzenia z Polski miejsca startowego dla zagranicznych talentów. Nie tylko ze wschodniej i centralnej Europy czy Bałkanów. Przez ostatnią dekadę Maciej wraz z licznym gronem współpracowników zbudował taką siatkę relacji i kontaktów, że dziś to do niego przychodzą polskie i zagraniczne firmy, prosząc o pomoc w wejściu na polski i zagraniczne rynki. Setki startupowych pomysłów, dziesiątki osób z technologicznymi wyobrażeniami biznesu, 27 działających od prawie roku firm, które utalentowani obcokrajowcy założyli w… Polsce. 

 

„Koncept”: Naprawdę uważacie, że możemy stać się miejscem rozpoczęcia biznesowej przygody przez obcokrajowców?

Tak. Ostatnie osiem lat naszej aktywności, głównie pod skrzydłami fundacji, udowodniło, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Ba, gdy będąc za granicą, przedstawiamy szczegółowo nasze uwarunkowania geograficzne, stopień zaawansowania gospodarki, liczbę i jakość działających tu międzynarodowych firm, jakość kształcenia czy ceny zaawansowanych usług a także możliwości rozwoju biznesu oferowane przez podmioty publiczne czy prywatne, rzadko musimy używać bardziej wyrafinowanych argumentów. Jakiś czas temu pewien młody, wykształcony technicznie Amerykanin powiedział mi, że „U Was są laboratoria z lat 90. i z XXI wieku. A u siebie zdarza mi się natrafić nawet na takie z lat 60.”. Nie ukrywam, że wykorzystuję tę autentyczną historię, by podkreślić, jak wielką transformację przeżywa Polska w XXI wieku.

Co takiego oferujecie, że ludzie Wam ufają i instalują się w Polsce?

Aktualnie kończymy prowadzić – jako jeden z pięciu podmiotów – pierwszy rządowy program przyciągania zagranicznych talentów – Poland Prize. To finansowane ze środków europejskich, a prowadzone przez PARP pilotażowe w sferze instytucji publicznych przedsięwzięcie, za którym stoi grono wierzących w sens takich działań osób. To także fragment ważnego w polityce gospodarczej rządu programu Start in Poland. Mówię o tym nie po to, by zanudzać czytelników niuansami form wsparcia przedsiębiorczości w Polsce, lecz po to, by pokazać, że funkcjonując w tym obszarze jako fundacja, zdajemy sobie sprawę, jak duża odpowiedzialność na nas spoczywa. Bo to od naszej jakości i zaangażowania zależy w dużym stopniu ocena, jaką o Polsce mają ci, którym pomagamy przenieść się na jakiś czas nad Wisłę. Pomagamy w pozwoleniu na pracę, w założeniu spółki, skorzystaniu z sieci osób i instytucji z nami współpracujących: ze wsparcia mentorów i ekspertów branżowych, firm – takich jak PGNiG – którym zagraniczne zespoły prezentują swoje pomysły i szukają synergii, żeby wspólnie rozwinąć rozwiązania dające znaczą przewagę na rynku. Fundacja działa już ósmy rok, ale dopiero teraz dzięki dofinansowaniu w ramach Poland Prize możemy działać na tak szeroką skalę: odbieramy zgłoszenia z 65 krajów świata! Najlepszym pomagamy w poszukiwaniu inwestorów w Polsce.

„Dzięki dofinansowaniu w ramach Poland Prize możemy działać na niezwykle szeroką skalę: odbieramy zgłoszenia z 65 krajów świata”

No dobrze, ale jak to działa? Dzwonią do Pana przedstawiciele firmy X i mówią: znajdźcie nam kogoś za granicą? 

Przez lata zbudowaliśmy pewną sieć kontaktów i relacji. W Polsce i za granicą. Nie zawsze proces wygląda tak samo. Często szukamy perełek technologicznych podczas konferencji zagranicznych, czasem też uruchamiamy naszych współpracowników w poszczególnych krajach. Na przykład na Ukrainie i Białorusi opieramy się na ambitnych pracownikach uczelni i lokalnych NGO-sów. Nie mogę zdradzić całego know-how, ale nie zawsze taka praca wiąże się z wynagrodzeniem wypłacanym tu i teraz. Dla osób z dawnego bloku wschodniego czy z Bałkanów takie możliwości, jakie dziś młode firmy mają w Polsce, są bardzo odległym marzeniem. Uczelnie, parki naukowe, granty i dotacje na każdym możliwym poziomie, publiczne czy prywatne programy inkubacji czy akceleracji, staże, inwestorzy –  w tym ci animowani przez programy Polskiego Funduszu Rozwoju… Proszę mi uwierzyć, ze w wielu krajach, gdzie ludzie są utalentowani tak samo jak Polacy czy Amerykanie, takich opcji nie ma. Logując się legalnie w Polsce, a więc w UE, ludzie zyskują od razu dostęp do kilkudziesięciu krajów i 300 mln klientów. No i unijna jurysdykcja gospodarcza. Ale wracając do pytania. Relacje i reputacja to nasz największy kapitał. Chyba jedyny, bo fundacje nie są na ogół zamożne. 

Startup Hub to naprawdę międzynarodowy konglomerat. Przy Poland Prize kluczową rolę odgrywają na przykład wysokiej klasy specjaliści z Indii, Białorusi czy Stanów Zjednoczonych. By trochę to zobrazować, posłużę się najnowszym przykładem. Zwrócili się do nas wynalazcy z Azji Wschodniej, zainteresowani zaistnieniem w Polsce. Od razu sygnał o tym przekazujemy dwóm wielkim polskim koncernom, dla których kraj ich pochodzenia to strategiczny kierunek. Jeśli wszystko się powiedzie, w kolejnych latach chętnych będzie więcej, i to wykładniczo. Wiemy to z przykładów współpracy z Ukrainą, Izraelem czy Estonią. Ale to nie jest nic odkrywczego – patrząc na historię budowania potęgi Krakowa, dostrzeżemy interesującą politykę władców, którzy przyciągali do miasta specjalistów nie tylko z Korony, ale i z zagranicy. Zamoyski tworząc od zera silny ośrodek kupiecko-rzemieślniczy, bazował na fachowcach z Niemiec, Ormianach, Holendrach czy Grekach. My rocznie oglądamy od 2 do 3 tysięcy projektów z zagranicy. A w USA najwięcej doktoratów z matematyki bronią… obcokrajowcy, którzy robią potem błyskotliwe kariery i w końcu się zupełnie amerykanizują. 

„Zwrócili się do nas wynalazcy z Azji Wschodniej, zainteresowani zaistnieniem w Polsce. Od razu sygnał o tym przekazujemy dwóm wielkim polskim koncernom, dla których kraj ich pochodzenia to strategiczny kierunek.”

Prosimy o kilka przykładów.

LaavaTech to międzynarodowy zespół estońsko-białoruski, który z Tallina, mekki rewolucji cyfrowej w Europie, przenosi się do Warszawy zainteresowany szansami ucyfrowienia naszego rolnictwa, np. poprzez zlecenie sztucznej inteligencji dostosowania natężenia światła do potrzeb konkretnych roślin w szklarniach. Orocon, projekt z Łotwy, pozwala przenieść „papierowe” procesy dominujące wciąż na placach budowy do systemu komputerowego, który pozwoli przekształcić chaotyczne projekty budowlane w doskonale nastrojone zegary. Brytyjsko-włoska drużyna ze Spotttitt potrafi nadzorować linie przesyłowe o strategicznym znaczeniu dzięki wyrafinowanej analityce obrazu zdjęć satelitarnych. Szefowa projektu godzi obowiązki naukowe w Oxfordzie z… prowadzeniem spółki w Polsce. Jej włoscy wspólnicy potrafią już żartować po polsku. Muszę przyznać, nawet zabawnie. Do wyobraźni przemawia także projekt Węgra, który opracowuje algorytmy pozwalające przetworzyć zwykłe wideo – nagrane smartfonem – w przestrzeń trójwymiarową, po której można się poruszać, „wejść” w nią. Wszystkie projekty w naszym hubie są silnie technologicznie. Mają ogromną szansę się nie powieść. Ale nic nie zwalnia naszego kraju z odpowiedzialności o walkę o te talenty. Gdyby jeden z 25 zespołów okazał się nowym CDProjektRed’em, moją fundacyjną karierę uważałbym za dopełnioną. Wraz z rozwojem polskiej spółki, centrala czy centrum sprzedaży niekoniecznie będzie na stałe w Polsce. To zależy od indywidualnych przypadków. Ale w Polsce niech będzie rozwijana własność intelektualna, niech trwają prace badawczo-rozwojowe: każdy prototyp to przecież praca dla grafików, prawników, patentowców, marketerów i inżynierów, tutaj, w Polsce. Do Londynu, Wiednia, Sztokholmu czy Berlina jest nie więcej niż kilka godzin lotu, a koszty eksperymentowania z technologią – do 3 razy niższe. 

 

A jak funkcjonujecie poza prowadzeniem projektów? Każdy grant kiedyś się kończy.

Tak, to prawda. Staramy się nie być zależnymi tylko od jednego źródła. W naszej historii robiliśmy różne rzeczy. Prowadziliśmy na przykład dwukrotnie dla Miasta St. Warszawy program akceleracyjny Startup Hub Warsaw. Za dobry scouting, czyli wyławianie zespołów pod bardzo precyzyjnie skrojone parametry, także byliśmy doceniani finansowo. Jednak nie chcemy zamienić się w podmiot komercyjny. Nie o to nam chodzi. Sporo aktywności udaje nam się prowadzić w oparciu o relacje czy świadczone sobie wzajemnie usługi. Zawsze ceny dla fundacji były mikroskopijne, a w zamian za to my rewanżowaliśmy się marketingiem, promocją, ekspertyzą. Na konferencje wchodzimy zawsze jako eksperci lub partnerzy merytoryczni. A w panelach i prezentacjach uczestniczymy ok. 40 razy w roku. To pomaga w finansowej samodzielności naszej misji. W fundacji trudniej zgubić tę swoistą busolę. Wiedzą Państwo, że na marketing w mediach czy w ważnych sieciach społecznościowych nie wydaliśmy przez lata nawet złotówki? To dzięki wsparciu zaprzyjaźnionych i ceniących naszą pracę tytułów medialnych i korporacji ICT. Myślę, że zwykła spółka nie budziłaby takiej sympatii. Niemiej plany mamy wielkie: chciałbym rocznie akcelerować w Polsce 100 wiodących globalnych technologii. Duży program z PARP-em pozawala nam śmiało powiedzieć, że jesteśmy na to gotowi jako zespół – jest kilka wizjonerskich korporacji, które wesprą ten cel. 

„Do wyobraźni przemawia także projekt Węgra, który opracowuje algorytmy pozwalające pr zetworzyć zwykłe wideo – nagrane smartfonem – w przestrzeń trójwymiarową, po której można się poruszać”

Dużo dzieli nas od zachodnich czy azjatyckich firm? Czy w ogóle możliwe jest konkurowanie z nimi? Przesuwanie w łańcuchach dostaw, o czym tak często z nadzieją wspomina Premier Mateusz Morawiecki? 

Niedawno miałem fantastyczną możliwość wyjechania na wizytę studyjną do Stanów wraz z 4 liderami innowacji z Polski. Pytaliśmy wprost o powody, dla których ludzie wybierają produkty czy usługi spółek np. japońskich czy niemieckich. Pytaliśmy Amerykanów i Polaków, będących tam ważnymi graczami w świecie nauki czy biznesu. Odpowiedź nie jest prosta… po pierwsze jak ktoś od dawna handluje z partnerami, do których ma zaufanie, to trudno, by nagle zmienił dostawcę. A nasza marka biznesowa jako kraju nie jest jeszcze na tyle mocna, jak np. niemiecka, w Kalifornii, czy w Japonii, by w ciemno ufać nawet najciekawszej „nowince znad Wisły”. Bo w wyścigu na jakość już dziś umielibyśmy wygrać. Brak relacji to oczywisty dla tego etapu ogranicznik. Po drugie tam, gdzie są duże skupiska Polaków, jak w niektórych regionach USA, przydałoby się ich silniejsze, bardziej zorganizowane wsparcie. Tak robili kiedyś Irlandczycy, tak robił kiedyś Izrael. Po trzecie standaryzacja i powtarzalność, obudowanie procedurami i szczegółową dokumentacją techniczną. Nasi przyjaciele w NASA to ostatnie szczególnie podkreślali. Pamiętajmy, że konkurujemy o technologiczne laury w gruncie rzeczy dopiero od 30 lat. Wcześniej żelazna kurtyna, wymiana naukowa, prawie wyłącznie ze wschodem, wcześniej jeszcze dewastująca wojna… A jeszcze nieco wcześniej – sukcesy Polaków liczone były na konto Austrii, Prus i Rosji. Obiektywnie rzecz biorąc – patrzę na dane Banku Światowego – wykonaliśmy tytaniczną pracę jako społeczeństwo. Pokolenie naszych rodziców zapamiętane zostanie jako pionierzy wolnego rynku. To ono przeniosło nas w teraźniejszość. Naszym zadaniem jest pchać polską gospodarkę do przodu. Po to uczyliśmy się języków, po to kończyliśmy dobre studia. Jeśli Polsce uda się zbudować i utrzymać reputację globalnego i zaufanego dostawcy innowacji przez kolejne dziesięć lat, zagraniczni wynalazcy będą mogli wykorzystać afiliację z Polską jak – jeśli dobrze pamiętam Baśnie tysiąca i jednej nocy – silnego wielbłąda, na którego grzbiecie wjadą do Babilonu.

Autor: Janusz Podlaski