Kultura jako źródło cierpień? O rozważaniach Zygmunta Freuda. Cz. I: RELIGIA – SZCZĘŚCIE I CIERPIENIE

04.01.2019 7 minuty na przeczytanie artykułu

Dążenie do uszczęśliwienia siebie i wytrwania w tym stanie jak najdłużej cechuje nie tylko rodzaj ludzki, ale niemal wszystkie istoty. To, co czyni homo sapiens wyjątkowym, jest intensywność i ekstensywność refleksji na temat źródeł własnych radości i cierpień. Rozwój filozofii oraz nauk społecznych doprowadził w ciągu kilkunastu stuleci do wytworzenia różnorodnych koncepcji diagnozujących przyczyny nieprawidłowości w postępowaniu człowieka i oferujących właściwą, zdaniem autorów, receptę na ich skorygowanie. Jedną z najbardziej oryginalnych w swoim czasie przedstawił Zygmunt Freud, austriacki lekarz, który przeszedł do historii jako współtwórca psychoanalitycznego nurtu w psychologii. Jego esencja zawarta została w napisanych w latach 20. XX wieku esejach, które wydano pod wspólnym tytułem „Kultura jako źródło cierpień”.

 

Zdaniem Freuda, trudno oprzeć się wrażeniu, że na ogół ludzie posługują się w swych ocenach spaczonymi osądami. Próbują zdobyć dla siebie władzę, bogactwo i sławę, nie chcąc dostrzec prawdziwych wartości życia. Istnieją jednakże jednostki, którym współcześni nie odmawiają swej czci, mimo iż wielkość ich polega na właściwościach i osiągnięciach całkowicie obcych celom i ideałom mas. Wielkość tych ludzi uznają jedynie nieliczni.

Psychika człowieka zbudowana jest na sprzeczności pomiędzy myśleniem z jednej strony, a działaniem oraz różnorodnością pragnień – z drugiej. Zygmunt Freud jako przykład podaje zaobserwowane w liście od znajomego „szczególne uczucie”, z jakim traktuje on religię i sprawy wiary. Określa je jako „doznanie wieczności”, uczucie nieograniczoności i bezmiaru. Jest to całkowicie subiektywne wrażenie, niewyrażające się w żadnej formule wiary, co więcej, nieformułujące jasnych obietnic, natomiast mające być źródłem siły wiary, którą skanalizuje i wykorzysta dla swoich celów ośrodek władzy religijnej. Freud zachowuje wobec podobnych zjawisk dystans, patrząc na nie chłodnym okiem psychoanalityka i stwierdzając, że analiza uczuć nie jest rzeczą prostą.

Poczucie naszego własnego ego jest pozornie rzeczą oczywistą. Dopiero psychoanaliza wykazała, że ego współegzystuje w psychice człowieka z zespołem podświadomych pragnień i dążeń wyróżnionych jako id, stanowiących pewnego rodzaju podstawę, na gruncie której kształtuje się wtórna osobowość człowieka. Na zewnątrz, w sferze możliwej do obiektywnej analizy, ego ma ostrą i wyraźną granicę, jako czynnik warunkujący charakter istoty ludzkiej. Freud wyróżnia tylko jeden irracjonalny wyjątek – miłość. Jest to stan, w którego szczytowym okresie, na przekór logice i świadectwu zmysłów, człowiek może stwierdzić, że „ty” i „ja” to jedność i gotów jest postępować, jak gdyby rzeczywiście tak było. Jest to naruszenie granicy między naszym ego a obiektem, z którym wiążemy swoje plany.

Inne stany, w których rozgraniczenie ego od świata zewnętrznego staje się niepewne lub przebiega niewłaściwymi granicami, wiążą się z pojęciem patologii. Jej objawem może być osąd, że niektóre części własnego ciała bądź fragmenty psychiki – wspomnienia, myśli, uczucia nie należą do ego, jak również przypadki, gdy przypisujemy światu zewnętrznemu to, co powstało w obrębie naszego własnego ego i powinno zostać uznane przez nie za takie.

Poczucie ego nie ma stałego charakteru. Aby wykształcić się u dorosłego człowieka, musiało przejść proces rozwoju. Niemowlę nie odróżnia przecież swojego „ja” od świata zewnętrznego jako źródła doznawanych odczuć. Dopiero dzięki impulsom uczy się poprawnego rozgraniczania tych dwóch sfer i uznania istnienia czegoś „na zewnątrz”. Przykładami mogą być pierś matki, jako „obiekt”, do którego niemowlę musi sobie wywalczyć dostęp uporczywym krzykiem oraz doznania bólu i przykrości, obecne przez cały okres życia od samego początku.

Powstaje wówczas chęć odrzucenia wszystkich czynników odpowiedzialnych za złe doznania i ukierunkowania ego w stronę nieograniczonej przyjemności. Jest to jednak niemożliwe z uwagi na oczywistą, wielopoziomową konstrukcję świata i korelację ego z powyższymi stanami. Dlatego też, m.in. w procesie socjalizacji człowiek uczy się, w jaki sposób dzięki rozmyślnemu kierowaniu czynnościami zmysłów oraz odpowiedniemu posługiwaniu się mięśniami odróżniać to, co wewnętrzne – należące do ego – od tego, co zewnętrzne – pochodzące ze świata zewnętrznego. Jest to pierwszy krok do ustanowienia zasady rzeczywistości.

Pierwotnie zatem ego zawierało w sobie wszystko, następnie zaś oddzieliło od siebie świat zewnętrzny. Nasze dzisiejsze poczucie ego stanowi więc jedynie skarlałą resztkę obszernego i wszechobejmującego ego z początków życia, odpowiadającego za relacje wnętrza z tym, co na zewnątrz.

Wyjaśniając „doznanie wieczności”, zgodnie ze swoją teorią, Freud dowodzi, iż jest to ulotne mgnienie, wspomnienie uczucia mieszczącego się w pierwotnym, nierozdzielonym ego. Złożoność umysłu dopuszcza istnienie ego oddzielonego od świata zewnętrznego obok ego wciąż go posiadającego. Freud przyrównuje ten proces do ewolucji, która z gatunków prymitywnych wykształca ich krewniaków na wyższym poziomie rozwoju, chociaż zginęły ogniwa pośrednie. W życiu psychicznym nie może zginąć nic, co raz zostało zapisane w pamięci. Jest to zasada konserwacji całej przeszłości. Niekiedy wszak reminiscencje te są tak głęboko ukryte w podświadomości, że ich wydobycie jest praktycznie nieosiągalne z powodu uszkodzeń wskutek urazu cielesnego lub wewnętrznego np. choroby psychicznej lub traumy.

Pogląd, iż religia wyjaśnia człowiekowi zagadkę świata i zapewnia go, że troskliwa opatrzność czuwać będzie nad jego życiem, a ewentualne niepowodzenia doczesne wynagrodzi mu w życiu pozagrobowym, uważa Freud za nonsensowny i ograniczający. Psychoanalityk wiąże religijność z zagadnieniem pragnienia ojca, jako remedium na dziecięcą bezradność (do której porównuje wiarę) i czynnik intensyfikujący pewnego rodzaju mistycyzm irracjonalnych wierzeń. „Nie potrafiłbym wymienić równie silnej potrzeby dziecięcej jak potrzeba opieki ojca” – pisze Freud, dodając, że „szukając genezy postawy religijnej, można jasno stwierdzić, że tkwi ona w poczuciu dziecięcej bezradności”.

Psychologia dowodzi, że człowiek odczuwa wewnętrzną potrzebę posiadania patrona, opiekuna, protektora czy mecenasa, który będzie dla niego oparciem w trudnych chwilach. Po dokonaniu syntezy z myślą Freuda zarysowuje się jasna koncepcja psychogenna, implikująca późniejsze tego rodzaju starania: to pierwotna potrzeba ojca. To pragnienie silnego ramienia, które obroni nas w chwili, kiedy nasze ego jest jeszcze spójne ze światem zewnętrznym, a proces socjalizacji pierwotnej dopiero się inicjuje.

Warto pochylić się nad problemem braku owej „wyższej instancji”. Co dzieje się, gdy istota ludzka została na skutek nieprzewidzianych bądź nieuniknionych prawideł natury ojca pozbawiona? Najistotniejsze konsekwencje nasuwają się od razu – poszukuje rozpaczliwie zastępstwa. Znajduje zatem oparcie w dewocji, bigoterii religijnej bądź całkowicie odrzucając wszelkie metafizyczne ideały masowe. Obie te postawy mogą ze sobą korelować, chociaż raczej nie będą komplementarnymi w stosunku do siebie.

Zygmunt Freud zauważa, że życie jest zbyt ciężkie i bolesne, niesie ze sobą zbyt wiele rozczarowań i smutku, by człowiek mógł znieść je bez środków uśmierzających. Istnieją trzy rodzaje takich środków: efektywny sposób odwrócenia uwagi, który pozwala zapomnieć o nędzy życia; zaspokojenie zastępcze, które je zmniejsza i narkotyki, które nas na nią znieczulają. Żaden z nich sam nie jest w stanie spełnić swojej funkcji.

Jak podkreśla idea życia dla wielu ludzi wiąże się z systemem religijnym i wraz z nim upada. Dążą oni do szczęścia trwałego, a jednocześnie do ograniczenia przeżyć negatywnych. Cel życia zatem określa zasada rozkoszy, pomimo konfliktu ze światem, który organicznie nie przewiduje, by człowiek mógł być „szczęśliwy”.

To, co nazywamy szczęściem, wynika z zaspokojenia pewnych teraźniejszych i wysoko spiętrzonych potrzeb, ma zatem charakter doraźny i epizodyczny. Co znamienne, doświadczanie podobnej rozkoszy przez dłuższy okres czasu uodparnia na nią, sprawia, że staje się ona czymś w rodzaju codzienności, bo jesteśmy tak skonstruowani, że przemawiają do nas silnie jedynie jaskrawe kontrasty.

Cierpienie zagraża istocie ludzkiej z trzech stron: ze strony jej własnego ciała (metodycznie ulegającego rozkładowi, a przy tym odczuwającego ból i lęk), ze strony świata zewnętrznego (srożącego się przeciwko nam) i ze strony innych ludzi (cierpienie, które odczuwane jest nawet boleśniej niż pozostałe). Ludzie uważają się za szczęśliwych już wtedy, kiedy unikną nieszczęścia i zniosą cierpienie (unikanie cierpień spycha na plan dalszy chęć osiągania rozkoszy).

Istnieje kilka metod obrony przez cierpieniem, jakie wywołać mogą powyższe czynniki. Jedną z nich jest świadome odizolowanie się – zamierzona samotność. Jest to szczęście spokoju. Inna to atak człowieka, z pomocą techniki kierowanej przez naukę, na naturę i poddanie jej ludzkiej woli – nazywane szczęściem wszystkich. Najciekawszym według Freuda sposobem zapobieżenia bólowi jest wpłynięcie na swój organizm – wyjście z założenia, iż cierpienie jest tylko doznaniem, przeto istnieje o tyle, o ile je odczuwamy, a odczuwamy je skutkiem określonej struktury naszego organizmu.

Najprostszą metodą wpłynięcia na funkcje wewnętrzne jest intoksykacja substancjami, których obecność we krwi i tkankach daje poczucie rozkoszy i niezdolność do odczuwania przykrości, czyli narkotykami. Innymi mogą być: zabijanie w sobie popędu czy zmienianie celu popędu na inny przez stawianie sobie przeszkód. Wtedy jednak źródłem zaspokojenia stają się złudzenia wyłaniające się z fantazji człowieka. Może to być, przykładowo rozkosz płynąca z odbioru dzieła sztuki czy wiary w coś ponadnaturalnego.  Budowanie świata opartego na tego typu fantazjach związane jest nieodłącznie z uznaniem jego twórcy za szaleńca. Freud zauważa, że religia właśnie jest takim masowym obłędem

Innym sposobem, dla Freuda bodaj najważniejszym, pozbywania się cierpienia jest postawa życiowa, której ośrodkiem jest miłość, wedle której człowiek zdobywa wszelkie zaspokojenia, kiedy kocha i jest kochany (np. miłość płciowa). Ma ona słabą stronę, bo miłujący staje się bezbronny i podatny na cierpienia, kiedy kocha, a staje się nieszczęśliwy, kiedy utraci ukochanego człowieka. Inną metodą obrony jest ucieczka w neurozę, najczęściej już w młodości.

Freud dochodzi do wniosku, iż każdy człowiek musi wypróbować sam, w jaki sposób może osiągnąć szczęście. Religia zaś szkodzi tej grze wyboru, ponieważ narzuca swoją metodę osiągania szczęścia i bronienia się przed cierpieniem. Jej założenie polega na obniżeniu wartości życia i na obłędnym spaczeniu obrazu prawdziwego świata, a tym samym na założeniu, które prowadzi do zastraszenia inteligencji człowieka. Za tę cenę udaje się jednak religii uchronić wielu ludzi przed neurozą.

 

Marcin Dobrowolski

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2018-2019