Kryzys polskiej piłki

10.10.2018 4 minuty na przeczytanie artykułu

Przez lata polscy fani piłki odbijali się od ponadczasowego stwierdzenia, że „w Europie nie ma już słabych drużyn”. Szybko stało się ono obiektem drwin. Jednak teraz w Europie są już takie drużyny. Te polskie.

Kiepski występ reprezentacji na mistrzostwach świata w Rosji był bolesnym policzkiem. Jasne jest, że drużynie nie brakowało potencjału na to, by w umysły kibiców wryć się czymś ambitniejszym niż tylko legendarnym już „niskim pressingiem” i statusem najsłabszej drużyny całej imprezy. Gdy spojrzało się jednak na głośne nazwiska w kadrach naszych mundialowych przeciwników i przypomniało czasy, gdy Biało-Czerwoni o wyjazdy na mistrzostwa się nawet nie ocierali, pesymizm nieco ustępował. Popisy na rosyjskim mundialu można było wrzucić do szuflady z napisem „wpadki”, oddalonej o kilka rzędów od teczki przeznaczonej na „totalne kompromitacje”.

Polski futbol zadbał jednak o to, byśmy w krainie optymizmu nie zaczęli się urządzać. Wspomniana teka musi pęcznieć. 31 lipca, niespełna trzy tygodnie po zakończeniu mundialu, mistrz Polski, Legia Warszawa, odpadł z walki o udział w Lidze Mistrzów ze słowacką drużyną. Niedługo później pożegnał się też z grą w Lidze Europy, okazując się słabszy od drużyny F91 Dudelange z Luksemburga czyli kraju, który w europejskim rankingu krajowym UEFA zajmował wówczas 48. miejsce, ustępując jedynie państwom takim jak Irlandia Północna, Walia, Wyspy Owcze, Gibraltar, Andora, San Marino i Kosowo. 7 września legionistów postanowiła bowiem przebić nasza reprezentacja do lat 21, jak gdyby chcąc pokazać, że nie tylko z klubowym futbolem jest u nas kiepsko. Polska młodzieżówka ledwo zremisowała w Lublinie z Wyspami Owczymi. Wcześniej z tym rywalem punkty straciła zresztą też na wyjeździe. Jak to możliwe, że w kraju, który ma tyle mieszkańców co Piaseczno, są w stanie wyselekcjonować równie dobrą grupę młodzieży co w całej Polsce? Na znalezienie odpowiedzi będziemy mieć trochę czasu, bo choć popisy Lewandowskiego i Zielińskiego skutecznie mydlą nam oczy, futbolowa rzeczywistość będzie nam regularnie przypominać, że z polską piłką jeszcze nigdy nie było tak źle.

Ale to już było… (i będzie jeszcze więcej)

„Nic tak nie pociesza okrutnie we własnym nieszczęściu jak widok cudzego nieszczęścia” pisał we wstrząsającym „Innym świecie” Gustaw Herling-Grudziński. Zasada z sowieckiego łagru w Jercewie sprawdza się też na polu znacznie bardziej prozaicznym jak to przeznaczone dla piłkarskiego fana. Szukając pocieszeń po kompromitacjach naszych drużyn na arenie międzynarodowej, kibic rozgląda się wkoło, a gdy u sąsiadów nie znajduje szansy, by wykrzyczeć wyzwalające: „oni mają gorzej”, zaczyna zagłębiać się w historię. Nic nie może oczyścić bardziej niż znalezienie dowodu, że kiedyś byliśmy w jeszcze gorszym położeniu.

A mieliśmy już w krajowej piłce równie smutne czasy. Porażka Legii Warszawa z Dudelange nie jest pierwszą wtopą polskiej drużyny z Luksemburczykami. By znaleźć inną, musimy się jednak cofnąć o niemal sześć dekad. Wtedy to, w 1959 r., ŁKS Łódź przegrał dwumecz z tamtejszym Jeunesse Esch 2:6. Kibice stołecznego klubu mogą więc odetchnąć. Ich pupile nie są najgorsi w historii.

Jest też pocieszenie dla tych, którzy aż tak zagłębiać w historię się nie chcą. W 2001 r. Pogoń Szczecin przegrała w Pucharze UEFA z Islandczykami, którzy wówczas nawet nie śnili o występach na najważniejszych piłkarskich turniejach. Dwa lata później GKS Katowice uległ drużynie z Macedonii, a w 2004 r. Wisła Kraków odpadła z klubem z Gruzji. Polskie drużyny na arenie międzynarodowej w oficjalnych spotkaniach przegrywały też z klubami z Estonii czy Litwy. W każdym z tych przypadków pogromcy czołowych polskich ekip przypominali bardziej półamatorskie zbiorowiska kumpli niż dobrze zorganizowane drużyny piłkarskie. Rękawy, w które możemy otrzeć kibicowskie łzy, wystają więc z każdej półki. Jest jednak pewne ale…

Zatraceni w samozachwycie

Wszystkie wymieniane wyżej wtopy,  pochodzą, jakby się wydawało, z innego etapu ewolucji polskiej piłki nożnej. Gorzką pigułkę łatwiej było przełknąć, gdy wśród naszych ligowców nie mieliśmy bocznych obrońców zarabiających 800 tys. euro rocznie, a każdy ekstraklasowy klub nie kasował z tytułu praw telewizyjnych średnio 2,1 mln w europejskiej walucie (żądając, przy okazji nowej umowy, jeszcze więcej). Teraz, spoglądając na pięknie opakowane rozgrywki i słysząc o kolejnych pękających barierach finansowych, piłkarski kibic łapie się za głowę tuż po pierwszym gwizdku. Za ekonomicznym rozwojem nie poszedł ten piłkarski. Gdy my pudrowaliśmy piłkarskie nosy, w Luksemburgu i na Wyspach Owczych prawdopodobnie po prostu grano w piłkę. Kto wyszedł na tym lepiej?

Legia Warszawa sezon 2016/17 również zakończyła, wygrywając ekstraklasowe zmagania. Niedługo potem, podobnie jak w tym roku, błyskawicznie zakończyła swój udział w europejskich pucharach. Wtedy zbyt mocni okazywali się kolejno – mistrz Kazachstanu (FC Astana) i Mołdawii (Sheriff Tyraspol). Honoru polskiej piłki nie ratowały też inne drużyny.

Z udziałem w europejskich pucharach polskie kluby pożegnały się w tym roku 2 sierpnia. W ubiegłym 24 sierpnia. To najgorsze wyniki w historii (i raczej nie usprawiedliwia nas fakt, że w poprzednim tysiącleciu międzynarodowe rozgrywki klubowe rozpoczynały się później). Hasło: „Europa nam odjechała” jeszcze nigdy nie wydawało się brzmieć tak wiarygodnie.

Krajobraz po masakrze

Bramkarz Dudelange, Jonathan Joubert, ostatnie lata kariery piłkarskiej łączy z normalną pracą na etat. Ligowi rywale tej drużyny zarabiają miesięcznie po pół tysiąca euro na głowę. I zazwyczaj też łączą piłkarską przygodę z regularną pracą. Trener luksemburskiej ekipy wcześniej prowadził drużynę w szóstej lidze niemieckiej.

Legii zwycięstwo miał dać król strzelców poprzedniego sezonu ekstraklasy – kupiony z Wisły Kraków Carlitos. Hiszpan do Polski trafił z hiszpańskiej trzeciej ligi. W naszej ekstraklasie nie miał sobie równych. Gdy trafiał do Legii, ekipa mistrza Polski była prowadzona przez Deana Klafuricia, wcześniejszego asystenta Romeo Jozaka, który przed pojawieniem się przy Łazienkowskiej bez większych sukcesów prowadził drużyny kobiece.

Po porażce Wojskowych Krzysztof Stanowski, redaktor naczelny serwisu weszło.com, przedstawił swój autorski „przepis na naprawę polskiego futbolu”. Apelował w nim o to, by prezesi pozwolili dłużej pracować trenerom, inwestowali w wychowanków i mądrzej wydawali pieniądze. Tradycyjnie z planami naprawczymi wygra jednak raczej chęć poszukiwania winnych. Najlepiej – jak najdalej od swojego podwórka. Za to zadanie zabrał się już zresztą prezes Legii Dariusz Mioduski, obierając na celownik… Stanowskiego. Przez jakiś czas cała piłkarska Polska zaczęła mówić nie o kompromitujących porażkach, a o procesie, który miał zostać wytoczony dziennikarzowi za tekst traktujący o problemach finansowych stołecznego klubu. Tematów zastępczych, jak w polityce, będzie zresztą pewnie jeszcze wiele. Aż do przyszłorocznego sierpnia…

Filip Cieśliński