Królowa bez korony

30.10.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

MEDION DIGITAL CAMERA

Przedstawienie musi trwać. Doskonale wiedzą o tym członkowie grupy Queen i to nie tylko dlatego, że nagrali legendarny utwór o takim właśnie tytule. Ich show trwa niezmiennie, choć z przerwami, od ponad 40 lat.

Podobno obiektywizm to mit. Muszę więc przyznać, że w tym tekście nie mam szans odejść od subiektywizmu choćby na krok. Jestem zdeklarowanym i zagorzałym fanem Queen i Freddie’ego. Jestem jednym z wielu członków ekipy „ortodoksów”, dla których Królowa bez swego lidera pozbawiona jest korony. Oczywiście nie walczę i nie nawołuję do bojkotu koncertów obecnego wcielenia zespołu, choć gdy miałem okazję parę razy przyjrzeć się urywkom z ich ostatnich tras – czułem pewien niesmak.

Brian May i Roger Taylor chcąc prawdopodobnie zachować uczciwość wobec odbiorców i samych siebie od wielu lat grają pod szyldem „Queen +”. Nazwa powstała właściwie w 1992 r. kiedy to na stadionie Wembley do zespołu dołączyła cała śmietanka popu i rocka po to by oddać hołd zmarłemu rok wcześniej Mercuremu. Obecnie tą wartością dodaną jest Adam Lambert…

Nie jestem pewien czy Queen + to nazwa rzeczywiście oddająca charakter tego co dzieje się na scenie. Po pierwsze szkoda jej z racji samego „Queen”. Zawsze upieram się, że wyjątkowość tego zespołu nie leżała jedynie w osobie Freddie’ego, lecz w niezmiennym i bardzo mocnym składzie, który pracował ze sobą właściwie bez przerwy przez 20 lat. Obecnie zespół nie ma ani jasno świecącej gwiazdy Freddie’ego na froncie, ani schowanego z tyłu, fenomenalnego basisty Johna Deacona (odszedł z branży po koncercie Tribute to Freddie Mercury uznając tę historię za definitywnie zakończoną). Po drugie szkoda tego „plusa” dodanego do nazwy zespołu. Mam wrażenie, że wśród fanów Queen, ale także całej muzyki popularnej ten zlepek ma bardzo konkretne konotacje i działa trochę jak proste hasło przypominające tamten magiczny wieczór na Wembley. To tam zniknęły podziały: Seal śpiewał Who Wants To Live Forever, parę godzin wcześniej Metallica prezentowała swoje świeżynki z Black Album, David Bowie śpiewał Under Pressure w towarzystwie Annie Lennox, a Bohemian Rhapdosy wykonali wspólnie Elton John i Axl Rose. Ten + oznaczał i – w kontekście tamtego koncertu – do dziś oznacza bardzo wiele. W przypadku obecnych poczynań Maya, Taylora i Lamberta wydaje się on być jedynie uzasadnieniem tego, że zespół wciąż gra. Queen + z bardzo mocnego szyldu z przesłaniem stało się argumentem za pozostaniem na scenie.

Wielu fanów tzw. „prawdziwego Queen” wypowiada się bardzo mocno na temat moralności członków, braku szacunku do stworzonej przez siebie legendy i do pamięci o Mercurym. Daleki jestem od tak ostrych osądów. Nie chciałbym zastanawiać się nad czyjąś moralnością, to zbyt poważne. Jedno co mogę stwierdzić z całą pewnością to to, że Mayowi i Taylorowi na pewno nie chodzi o pieniądze. Każdy, kto zna choć odrobinę realia rynku muzycznego i słyszał cokolwiek o prawach autorskich i tantiemach doskonale wie, że członkowie Queen nie mają szans narzekać na pieniądze. To nie ten poziom. Jeśli wydaje nam się, że którykolwiek z polskich wykonawców – od Lady Pank, przez Marylę Rodowicz aż po Zenka Martyniuka – ma dużo pieniędzy, to w zderzeniu z gwiazdą globalną (a tego statusu Queen raczej nie odmówimy) nie ma ich w ogóle. Motywacja jest inna i jest nią zwyczajne wśród artystów uzależnienie od sceny. Doskonale to rozumiem i dlatego sprzeciwiam się odbieraniu prawa muzykom Queen do tego aby grali swoje piosenki. Bo niby z jakiej racji?

Można jedynie żałować (ja żałuję i to bardzo), że wybrali oni taki, a nie inny rodzaj trwania na scenie. Z perspektywy marketingowej jest to oczywiście uzasadnione, ale nazwiska Maya i Taylora pewnie wystarczyłyby, aby grać i robić swoje. Legenda Queen jest ciągnięta nieco na siłę i szkoda, że odcina się od niej kupony tylko z racji wewnętrznej potrzeby bycia na scenie. Tej legendzie nic już nie jest potrzebne. Jej przedstawienie trwało, trwa i trwać będzie bez dodatkowych kwestii, scenografii i bez dodatkowych postaci.

Ci, którzy chcą się przekonać jak na żywo wygląda to swoiste postscriptum do historii Queen mogą wybrać się w listopadzie na koncert do Łodzi. Show jest ponoć niesamowite. Ja nie jadę.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017