Jeden krok w tył, dwa kroki w…

30.06.2017 4 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Internetowe zbawienie czy marketingowy przekręt? Fantastyczne lekarstwo na piractwo czy psucie i degradacja rynku wydawniczego? Dbałość o to, co należne twórcom czy może zwykłe okradanie artystów? Serwisy streamingowe, które stały się powszechne, i które służą jako aplikacje codziennego użytku – w środowisku twórców muzyki i filmu budzą skrajne emocje.

Ściąganie wszelkich „empetrójek”, „flaców” i „avi”, długie przeszukiwania zawartości serwisów udostępniających torrenty i powiększanie swoich „zbiorów” na dysku – jeszcze do niedawna było to codzienne zjawisko, a Internet bez piractwa dla wielu osób nie miał w zasadzie aż tak wiele do zaoferowania… Dyskusjom na temat walki z piratami, oficjalnym stanowiskom ZAIKSu, twórców itd. nie było końca. Sytuację tę w dużej mierze przerwało pojawienie się Spotify. Serwis w kilka chwil dokonał prawdziwej rewolucji na rynku muzycznym i zmusił do kompletnej zmiany myślenia o muzyce w Internecie. Ogrom nagrań z każdej muzycznej szufladki, z każdego zakątka świata, hity świąteczne i przeboje na lato, całe dyskografie większości ulubionych artystów, składanki, starocie i nowości, wydania podstawowe i rozszerzone – wszystko dla każdego zarejestrowanego użytkownika, za darmo. Legalnie!

W wielu przypadkach (nie we wszystkich) piratowanie płyt straciło rację bytu. Nie dość, że słuchanie albumów bez opłat przez Spotify nie było przestępstwem, to jeszcze momentalnie pojawiły się serwisy konkurencyjne (TIDAL, Deezer), co nie tylko spowodowało utrzymanie się stałej, niskiej ceny usługi (mowa o wersjach rozszerzonych – bez reklam, z dostępną wersją mobilną – za ok. 20 zł miesięcznie), ale również dbałość platform o jak najlepszą jakość dźwięku. Wszelkiego rodzaju torrenty przeżyły dość duże załamanie. Podobnie jak iTunes czyli internetowy sklep muzyczny, który wpuścił muzykę do Internetu, wciąż pozostając jednak sklepem… Rewolucja, którą wywołały platformy streamingowe trwa nadal i mam wrażenie, że znajdujemy się w jej samym środku.

Bajkową narrację w stylu „Dotarliśmy do momentu, który prędzej czy później musiał nastąpić”, „Znajdujemy odpowiedź na potrzeby odbiorców kultury i użytkowników Internetu”, „Wykonujemy ważny krok naprzód jeśli chodzi o tzw. rynek muzyczny” przerwali niektórzy artyści, poddający w wątpliwość wspaniałość całego przedsięwzięcia. Pamiętam otwartą krytykę ze strony takich zespołów, jak Radiohead, pamiętam głośne wyjście ze Spotify Taylor Swift (przeżywane mniej więcej na równi z Brexitem, który nastąpił niewiele później). Pamiętam też długie (kilkuletnie) spekulacje na temat ewentualnego pojawienia się w streamingach Pink Floyd i The Beatles (właściciele praw do nagrań obydwu zespołów ostatecznie zdecydowali się na ten krok). Tak czy siak kontrowersjom nie było i nie ma końca. Dostrzegam dwa główne motywy poruszane przez twórców. Pierwszy z nich to oczywiście „zarabiamy z tego skandalicznie mało pieniędzy” (co jest prawdą). Drugi z nich to krzyk rozpaczy „dokąd zmierzasz świecie, dokąd zmierzasz rynku muzyczny?”, który to krzyk rozpaczy wydaje się być całkiem uzasadniony… Jeśli chodzi o kwestię pierwszą – wystarczy jedynie zaznaczyć, że aby zarobić z odsłuchanych w streamingu piosenek jakiekolwiek realne pieniądze, trzeba być gigantem popkultury w stylu Coldplay czy Rihanny, bądź starą dobrą marką, jak Queen czy Michael Jackson. A i tak w porównaniu z klasyczną sprzedażą płyt (o której to już od latu mówi się, że jest finansowym żartem) są to grosze. Nie chciałbym bawić się tu w ekonomiczne rozważania i spekulacje. Ciekawszą kwestią wydaje mi się być drugi problem poruszany przez artystów i wydawców.

Od lat świat kultury podążał w stronę niskich ukłonów w kierunku ewentualnych odbiorców. Próbując nadążać za społeczeństwem, które świetnie czując się w supermarketach zaczęło traktować w supermarketowych kategoriach wszelkie dziedziny życia, zaczął stopniowo uginać się pod presją cen, reklamy etc. Horyzonty myślenia stymulowane przez szaleńczy kapitalizm nie pozwoliły wielu ludziom zrozumieć dlaczego płyta, sztuka teatralna, obraz czy film nie są dokładnie takim samym towarem jak ich ulubiony orzechowo-czekoladowy batonik. I siłą rzeczy kultura zaczęła próbować stawać się takim orzechowo-czekoladowym batonikiem. Znacznie przyspieszył to Internet. Na YouTube oglądamy teledyski, wywiady i całe mnóstwo koncertów ulubionych wykonawców. W sklepach internetowych możemy kupować naszą ulubioną muzę, wszystko bez wychodzenia z domu. Streaming rozpoczął zatem kolejny etap rewolucji, która już jakiś czas trwa. Dziś możemy już wziąć udział w koncertach transmitowanych na YouTube na żywo. Mamy dostęp do muzyki za darmo. Tak jak i dostajemy pakiet darmowych SMS-ów od operatora komórkowego, albo kupujemy trzy paczki chipsów w cenie dwóch.

Pytanie, jakie zadają twórcy brzmi: „czy naprawdę nie widzimy, że jest to droga tylko w jedną stronę?”. Odzwyczajając odbiorców kultury od tego, że należy za nią uczciwie płacić (a potem, że należy za nią płacić cokolwiek) powodujemy, że prędzej czy później zabraknie mechanizmów ją finansujących. Jeśli użytkownik Spotify może mieć ulubione płyty za darmo, a użytkownik YouTube może obejrzeć koncert za darmo – co ma sprawić, że w przyszłym tygodniu pójdzie do sklepu i rzeczywiście kupi jakąś płytę, albo że zapłaci stówkę czy dwie za bilet na koncert? Są to problemy, na które szefowie serwisów streamingowych nie znajdują odpowiedzi. I chyba nie muszą.

Warto pamiętać, że streaming i internetowe serwisy dystrybucyjne stały się ogromną szansą dla artystów niszowych, nie mających tak mocnej marki, jak ci ze średnich i dużych wytwórni. Spotify spowodował, że już nie tylko każdy może nagrać płytę w domu. Teraz każdy może ją również oficjalnie wydać, publikując ją w dystrybucji cyfrowej. Biorąc pod uwagę jak dużym przedsięwzięciem jest znalezienie wytwórni, podpisywanie z nią kontraktów, znalezienie dystrybutora, podpisywanie z nim następnych kontraktów – streaming jest zupełnie innym światem. Coś, co w wielu przypadkach zajmuje miesiące, a nawet lata, tutaj zajmuje pół godziny. Jest to wielka rzecz, której nikt nie zaprzeczy. Spotify ma dwa poważne argumenty w debacie z artystami. Ci wielcy mogą mianowicie liczyć na poważne kontrakty i poważne warunki. Ci mali mogą natomiast liczyć na przestrzeń dla siebie i zaistnienie w świadomości odbiorców.

Szkoda, że nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi na pytania i kontrowersje pojawiające się pośrodku tych biegunów. Nie wiem czy to kiedykolwiek nastąpi. A chciałbym – zarówno jako artysta wydający swoje płyty w dystrybucji cyfrowej i ponoszący tego różne konsekwencje, jak i użytkownik serwisów streamingowych, kupujący jednocześnie płyty i chodzący na koncerty…. Ciekawe jakie będą kolejne kroki w rewolucji technologiczno-kulturalnej. Warto tak czy siak pomyśleć o wspomnianych wyżej kwestiach przy następnym odpaleniu klipu na YouTube albo odsłuchaniu jakiejś płyty na Spotify czy TIDAL. Nie są to rzeczy oczywiste.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017