George Friedman: Następne 100 lat [RECENZJA]

20.03.2017 21 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com/stokpic/CC0 Public Domain

Przedmiotem recenzji będzie książka „Następne 100 lat”, pochodzącego z Teksasu, George’a Friedmana. Autor tej publikacji – uznany ekspert w dziedzinie geopolityki i założyciel oraz szef agencji prognoz geopolitycznych Stratfor – snuje w swoim dziele futurologiczne wizje dotyczące przyszłości świata. Oczywiście jego ambicją nie jest dokładne przewidzenie nadchodzących wydarzeń, ale starając się pod chaosem historii dostrzec pewien porządek1), przedstawia prognozę, która może, ale nie musi się ziścić. W swojej czysto spekulatywnej interpretacji próbuje uchwycić główne tendencje geopolityczne, technologiczne, demograficzne, kulturowe oraz militarne w ich najszerszym sensie i zarysować wydarzenia, które mogą nastąpić2).

 

Na początku publikacji spotykamy się ze swoistą krytyką metod stosowanych w politologii. G. Friedman pisze: Konwencjonalna analiza polityczna odznacza się niezwykłym brakiem wyobraźni. Traktuje przemijające chmury jako trwałe i jest ślepa na doniosłe, długofalowe zmiany, które dokonują się na oczach świata3). Zarzuca jej więc krótkowzroczność, jednak moim zdaniem zarzut ten można wystosować co najwyżej do poszczególnych osób. Prawdziwym problemem w politologii jest konieczność dostrzeżenia w ogromnej liczbie czynników oraz zdarzeń tych, które spowodują daleko idące zmiany. Tutaj pojawia się drugi zarzut autora, który zarzuca politologom lekceważenie prognoz pojawiających się w innych dziedzinach nauki. Pisze on: Gdyby przepowiednie dotyczące technologii połączono z przepowiedniami w dziedzinie geopolityki, przewidziano by również spustoszenie Europy4), które nastąpiło podczas II Wojny Światowej. Polityka w najszerszym rozumieniu dotyczy wszystkich dziedzin życia człowieka, dlatego nie można się zamykać na inne dziedziny nauki. W tym miejscu należy więc przyznać całkowitą rację amerykańskiemu politologowi.

Dość szybko okazuje się, że autor pisze z perspektywy amerykanocentrycznej, czego jest zresztą świadomy. W jego wizji XXI wiek jest świtem ery amerykańskiej, następującej po erze europejskiej5). Świat nie jest więc jak się powszechnie sądzi multilateralny, ale monolateralny, a wszyscy muszą się liczyć ze zdaniem jedynego istniejącego mocarstwa jakim są niewątpliwie Stany Zjednoczone. Pozycję tę zawdzięczają korzystnemu położeniu geograficznemu (pomiędzy Pacyfikiem i Oceanem Atlantyckim), potędze gospodarczej, sile militarnej oraz wpływom politycznym. Zdaniem G. Freidmana nie ma nikogo, kto mógłby rzucić wyzwanie tej potędze6).  Co prawda niektóre państwa motywowane strachem będą próbowały przeciwstawić się amerykańskiej hegemonii, jednak lokalne konflikty zbrojne, w których będą brały udział Stany Zjednoczone skutecznie rozerwą tworzące się koalicje7). Moim zdaniem tezy te są dość kontrowersyjne. W momencie zakończenia Zimnej Wojny mieliśmy co prawda do czynienia z krótkotrwałą hegemonią USA, ale szybko przekształciła się ona w sytuację, w której wiele krajów decyduje o losach świata. W świecie multilateralnym, w którym nieustannie zachodzą procesy globalizacyjne nie może być kraju, który byłby w stanie zdominować inne. Co prawda w kręgach ekonomistów znane jest powiedzenie dotyczące giełd: „Jak USA kichnie, to cały świat ma katar”, ale pamiętajmy, że podczas kryzysu to amerykański prezydent musiał tłumaczyć się ze swojej polityki przed władzami Chin, które notabene wykorzystały załamanie na światowych giełdach do wzmocnienia swojej pozycji gospodarczej, stając się drugą po USA potęgą ekonomiczną. Z kolei w kwestii wojen autor nie przewidział, że prócz angażowania się w konflikty, których celem będzie niszczenie kształtujących się koalicji, Amerykanie będą sami wywoływali lokalne wojny w celu przejęcia kontroli nad surowcami naturalnymi (co najlepiej ilustruje wojna w Libii). Moim zdanie to właśnie wojny o surowce, ziemię oraz wodę będą główną przyczyną lokalnych konfliktów zbrojnych, ale zgadzam się z autorem „Stu następnych lat”, że co prawda wybuchnie więcej wojen (…) ale będą to wojny mniej katastrofalne8).

W tekście przywoływane są państwa, które oprócz Stanów Zjednoczonych odegrają główną rolę w XXI stuleciu. Jednym z nich jest Rosja, która spróbuje odbudować swoją pozycję z czasów ZSRR i przywrócić bilateralne stosunki na arenie międzynarodowej. Zdaniem autora to nie Chiny, a właśnie dawny kraj carów będzie państwem najbardziej zagrażającym Stanom Zjednoczonym na początku XXI wieku9). Wymienia on trzy powody mówiące dlaczego Państwo Środka nie będzie w stanie rzucić skutecznego wyzwania światowemu hegemonowi:

  • Położenie geograficzne – kraj izolowany
  • Brak dobrej floty
  • Wewnętrzna niestabilność10)

Nie zgadzam się z żadnym z powyższych argumentów. Izolacja ogromnego mocarstwa jakim są niewątpliwie Chiny jest ułudą w zglobalizowanym świecie. Obecnie mamy do czynienia nie tylko z ekspansją Chińczyków na Syberię11) oraz wykupem ziemi w Afryce12), ale przede wszystkim z niesamowitym rozszerzaniem wpływów biznesowych chińskich korporacji, które działając na terenie całego świata, często wykupują przy okazji znane amerykańskie i europejskie marki. Z kolei firmy pochodzące ze Stanów Zjednoczonych oraz te, których siedziby znajdują się na Starym Kontynencie nie mają żadnych obiekcji przed przenoszeniem swojej produkcji do Państwa Środka. Izolacjonizm jest więc fikcją w świecie wzajemnych biznesowych powiązań. Z tych samych powodów mamy do czynienia z ogromnym rozwojem chińskich portów – na liście 50 największych morskich portów towarowych świata aż 16 z nich znajduje się w Chinach, z czego 8 uplasowało się w pierwszej 10 (w której notabene nie było ani jednego portu amerykańskiego i europejskiego)13). Jak słusznie twierdził Alfred Thayer Mahan rozwój marynarki wojennej jest naturalną konsekwencją wzrostu liczby statków handlowych14). Flota chińska cały czas się rozwija i nie jest w żadnym stopniu upośledzona, a jak dostarczają przykłady historyczne (o których G. Friedman zapomniał wspomnieć) Chińczycy mają również pewną tradycję morską, o której świadczą podziwiane i zaadaptowane przez europejskich szkutników około 1204 r. dżonki – okręty powstałe w czasach dynastii Han, które umożliwiały podróżowanie po oceanach już w II wieku naszej ery – nie ma więc żadnych racjonalnych przesłanek świadczących o niemożności stania się przez Chiny potęgą morską. Z kolei przykład ostatnich kilku lat świadczy o tym, że Państwo Środka jest nie tylko krajem stabilnym politycznie, ale również ekonomicznie. Co prawda zachodzą w nim poważne nierówności społeczne, ale panująca w nim kultura kolektywna pozwala władzy skutecznie nad nimi zapanować.

Kolejnymi krajami, które zdaniem G. Friedmana odegrają znaczącą rolę w nadchodzącym stuleciu są Japonia, Turcja i Polska. Obecność pierwszego państwa nie budzi żadnych wątpliwości, podobnie jak drugiego, którego wzrastającą pozycję przewidują choćby prof. L.W. Zacher czy też G. Kepel, lecz obecność w tym gronie Rzeczypospolitej oczywiście cieszy, ale przede wszystkim dziwi. G. Friedmam słusznie zauważył, że Polska nie była wielką potęgą od XVI wieku15). Co spowoduje więc jej powrót do światowej elity? Paradoksalnie zdaniem autora „Następnych 100 lat” będą to jej sąsiedzi, czyli Niemcy i Rosja, którzy w przeszłości byli przyczyną wielu jej kłopotów, a nawet udało im  się wymazać Rzeczpospolitą z europejskich map na 123 lata (co ciekawe wspomniana wcześniej Turcja nigdy nie uznała rozbiorów). Osłabienie i wyludnienie Niemiec oraz ekspansywna polityka Rosji skierowana przede wszystkim w stronę Europy Środkowej miałaby skłonić USA do wsparcia lokalnej potęgi, jaką jest niewątpliwie Polska, co stałoby się główną przyczyną jej rozwoju. Należy jednak postawić dwa istotne pytania: czy Polska da radę przejąć rolę Niemiec oraz czy Rosja jest krajem zdolnym do jakiejkolwiek ekspansji. Odpowiedź na oba z nich jest moim zdaniem przecząca. Zgodnie z danymi Banku Światowego za rok 2010 tempo wzrostu liczby ludności w Niemczech wynosi -0,2% podczas gdy w Polsce wskaźnik ten jest równy 0,1%. Jak widać różnice są minimalne, jednak niski przyrost naturalny w obu krajach sprawi, że problem starzejącego się społeczeństwa i stopniowego wyludniania dotknie oba państwa w mniej więcej równym stopniu. Jest jednak jedna znacząca różnica – do kraju naszych zachodnich sąsiadów przybywa rzesza imigrantów (głównie z Turcji), którzy rekompensują w pewnym stopniu niski poziom wskaźników demograficznych oraz dostarczają przysłowiowych rąk do pracy dla gospodarki, podczas gdy w Polsce to zjawisko występuje w marginalnym stopniu. W ciągu następnych 100 lat to Rzeczpospolita może być krajem mniej ludnym od naszego germańskiego sąsiada. Z kolei pytanie, czy dynamicznie rozwijająca się polska gospodarka (której rozwój jak twierdzi prof. W. Bielecki wynika z zacofania) dogoni potężną gospodarkę niemiecką, pozostaje kwestią otwartą. Natomiast Rosja jawi się jako kolos na glinianych nogach, niezdolny do jakiejkolwiek ekspansji. Armia naszego wschodniego sąsiada jest w stanie agonii – najlepiej oddają to słowa Konstantina Makijenki i Rusłana Puchowa, którzy w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi Gazety Wyborczej scharakteryzowali elitarny pułk myśliwski stacjonujący w obwodzie Kaliningradzkim w następujący sposób: Tam mamy 40 Su-27, 40 pilotów. Latać mogą tylko dwie maszyny16). Jeśli dodamy do tego problemy społeczne trawiące społeczeństwo rosyjskie (przede wszystkim alkoholizm), rosnące niezadowolenie społeczne (np. protesty przeciwko Putinowi) oraz systematyczne defraudacje pieniędzy państwowych przez osoby działające w administracji i biznesie to okaże się, że Rosja jest tylko cieniem dawnej potęgi ZSRR i to cieniem, który raczej rozmywa się w słonecznym blasku, niż rośnie w siłę.

Nie sposób jednak nie zgodzić się z dalszą częścią tekstu, z której wynika, że nieustanny rozwój technologiczny będzie przyczyną boomu gospodarczego oraz z następującym po nim fragmencie, iż istotną rolę w XXI stuleciu odegrają problemy demograficzne. Niewątpliwie spadek liczby ludności w krajach rozwiniętych i nadmierny jej wzrost w krajach rozwijających się zmusi wiele państw do redefinicji swojej polityki imigracyjnej, której celem stanie się przyciągnięcie obcokrajowców. Jednak z kwestią demografii związana jest również kwestia religii, a konkretnie islamu. Parę lat temu, w jednym z numerów Daily Telegraph znalazł się artykuł zatytułowany „Francja jest na drodze do państwa muzułmańskiego?”. Odpowiedź na to pytanie jest niewątpliwie twierdząca i nierozerwalnie złączona z kwestiami demograficznymi:

  • Z jednej strony mamy do czynienia z rosnącą liczbą imigrantów przybywających z krajów arabskich, którzy nie chcą zasymilować się z ludnością francuską.
  • Z drugiej mamy do czynienia z innym (nazwijmy go arabskim) modelem rodziny, w którym rodzice mają dość liczne potomstwo. Zaryzykuję twierdzenie, że to właśnie duża dzietność rodzin muzułmańskich jest główną przyczyną legitymowania się przez Francję największym przyrostem naturalnym w Unii Europejskiej.

Wysoki przyrost naturalny ma sprawić, że na arenie międzynarodowej pojawi się kolejny duży gracz. To Meksyk, którego ludność będzie zasiedlać obszary Stanów Zjednoczonych, co zdaniem Freidmana przyczyni się do wybuchu konfliktu zbrojnego. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu we wstępie nie znalazły się żadne wzmianki dotyczące Brazylii oraz Indii i Pakistanu. Wartym odnotowania jest również fakt, że autor nie postrzega Unii Europejskiej jako organizacji mówiącej jednym głosem i prowadzącej wspólne polityki. Być może wynika to z faktu, iż w optyce autora jawi się ona jako organizacja podobna do NAFTy. Tak czy inaczej z książki jasno wynika, że to państwa narodowe, a nie organizacje międzynarodowe kształtują sytuację geopolityczną świata.

Ostatnie słowa Uwertury poświęcone są metodzie prognostycznej wykorzystywanej przez autora, którą najlepiej charakteryzują słowa Bądź praktyczny, oczekuj tego co niemożliwe17). Sytuację geopolityczną świata porównuje on do partii szachów, która jest jednocześnie metaforą polityki, w której marginalizuje się znaczenie przywódców. Otóż podobnie jak gracz, dany przywódca (premier, prezydent) ma pewną określoną pulę ruchów możliwych do wykonania. Ponieważ postępuje on racjonalnie, liczba możliwości zmniejsza się i tym samym jego zachowanie staje się przewidywalne. W momencie objęcia władzy zastaje on pewien układ znajdujący się na szachownicy, który wraz z ograniczającymi go zasadami determinuje jego poczynania. Im lepszy gracz, tym bardziej przewidywalne ruchy18). Oczywiście od czasu do czasu na scenie dziejów pojawia się arcymistrz, który jest wstanie wykonać błyskotliwe, nieoczekiwane posunięcie19). Nie zmienia to jednak faktu, że podobnie jak każdy gracz dąży do zwycięstwa w danej partii, tak polityk stara się w miarę możliwości realizować pewne cele.

Następnie autor szkicuje obraz sytuacji końca XX i początku XXI wieku zgodnie, z którym żadna siła nie może równać się z potęgą Stanów Zjednoczonych, które wypełniły próżnię po upadającej Europie20). Przytacza w tym celu szereg danych statystycznych – niestety nie podając ich źródła. Zaryzykuję stwierdzenie, że ta część opracowania jest mocno przesadzona. Autor pisze między innymi: Połączone siły morskie reszty świata nawet się nie zbliżają do potencjału amerykańskiej marynarki wojennej21). Przyjmijmy, że o sile floty świadczy liczba lotniskowców – okrętów, które są w stanie pojedynczo prowadzić operacje wojskowe. Zgodnie z oficjalnymi danymi, które można znaleźć na stronach internetowych odpowiednich ministerstw i agencji (można też skorzystać z danych pochodzący z Wikipedii)  po wodach świata pływa obecnie 21 okrętów tego typu, przy czym Stany Zjednoczone dysponują aż 11. Jeśli jednak dodamy do tego lotniskowce znajdujące się w budowie okazuje się, że reszta świata będzie posiadała 15 okrętów tego typu podczas gdy Stany Zjednoczone będą dysponowały 13. Oczywiście dominacja floty Amerykańskiej jest bezsprzeczna, ale nie jest to jak twierdzi Friedman dominacja absolutna. Nie ulega jednak wątpliwości, że Stany Zjednoczone sprawują kontrolę nad wszystkimi oceanami22) czerpiąc z tego faktu ogromne korzyści, przede wszystkim natury handlowej.

Dalej autor analizuje miniony sukces europejski. Jak pisze G. Friedman: Europa zapanowała nad światem, ale nie potrafiła zapanować nad sobą23) w efekcie następujące po sobie konflikty zbrojne sprawiły, że stała się zaledwie cieniem dawnej świetności24).  Jednak dopiero teraz, kiedy większość przywódców uznała, że wojna nie ma sensu, pojawiła się możliwość stworzenia pewnego imperium europejskiego, którego personifikacją staje się Unia Europejska. To właśnie procesy integracyjne łączące ze sobą kraje starego kontynentu sprawiają, że mogą one stać się poważnym graczem na arenie międzynarodowej. Jednak Friedman nie bierze tego pod uwagę, postrzegając Europę nie jako jedną całość, ale widząc ją jako zespół niezależnych państw, których czas już minął.

Kolejna część tekstu poświęcona jest analizie konfliktu USA z ZSRR, którego zakończenie stało sie jednocześnie początkiem ery amerykańskiej. Jednak dość szybko pojawił się nowy przeciwnik – terroryści, którzy we wrześniu 2001 roku dokonali zamachów na World Trade Center oraz Pentagon. Zdaniem autora tym samym zakończył się okres przejściowy cechujący się destabilizacją na arenie międzynarodowej25). G. Friedman uważa konflikt Stanów Zjednoczonych z muzułmańskimi ekstremistami za oczywisty sukces światowego mocarstwa. Co prawda USA nie wygrało wojny, ale też nie pozwoliło wygrać jej islamistom26) a to według autora wystarczający argument pozwalający stwierdzić zwycięstwo Ameryki (która uporała się z potworem, którego stworzyła27)). Jest to o tyle ciekawe, że jak podkreślono w dalszej części tekstu konflikt amerykańsko-islamski może trwać nawet całe następne stulecie28). Jak więc można ogłosić zwycięstwo skoro walka cały czas trwa? Argumentacja, w myśl której głównym celem interwencji w Iraku i Afganistanie było zapobieżenie powstania islamskiej koalicji, również nie jest dla mnie wystarczająco przekonująca. Wydaje się, że głównym motywem zaatakowania kraju Saddama Husajna była chęć przejęcia posiadanych przez niego zasobów ropy naftowej.  Był to  również efekt nacisków rządu Izraela, który groźby irackiego dyktatora traktował wyjątkowo poważnie29). Z kolei rządzony przez Talibów Afganistan jako jedyny okazał poparcie dla ataków dokonanych przez Al-Kaidę, stając się tym samym celem akcji odwetowej Amerykanów. Ciekawa jest jednak perspektywa zgodnie z którą, interwencje Stanów Zjednoczonych służą destabilizacji danego regionu i tym samym realizują zasadę divide et impera30). W końcu regionalne trzęsienie ziemi nie prowadzi do powstanie regionalnego supermocarstwa31).

Kolejną kwestią poruszaną przez G. Freidmana jest problem spadającej populacji nie tylko w krajach rozwijających się, ale również w skali całego globu. Przywołuje on dane Organizacji Narodów Zjednoczonych zgodnie z którymi do roku 2050 populacja albo utrzyma się na stałym poziomie, albo nieznacznie spadnie32). Według mnie długa perspektywa czasowa sprawia, że prognoza ta nie jest zbyt wiarygodna – różne wydarzenia mogące nastąpić w tym okresie są w stanie w istotny sposób wpłynąć na dzietność kobiet, a rozwój medycyny (szczególnie w krajach słabo rozwiniętych) może wydatnie wydłużyć długość życia mieszkańców, zwiększając tym samym populację globu. Argument G. Friedmana zgodnie z którym wzrost długości życia nie będący postępem geometrycznym przyczynia się do spadku liczby ludności33) uważam za irracjonalny i chybiony. Równie prawdopodobne jest jednak pojawienie się epidemii lub wybuch krwawych konfliktów zbrojnych, które przyczynią się do śmierci wielu istnień. Nie zmienia to jednak faktu, że obok rozwoju techniki przemiany demograficzne będą miały największy wpływ na XXI stulecie.

Przed rozpoczęciem dywagacji dotyczących przyszłości autor wymienia miejsca, w których mogą potencjalnie wystąpić konflikty. Są to:

  • Obszar Pacyfiku (możliwy spór wynikający z ograniczenia wymiany handlowej przez USA)
  • Obszar Euroazji (do którego G. Friedman zalicza Ukrainę, Republiki Nadbałtyckie oraz Białoruś – konflikty mogą narodzić się tam na skutek działalności Rosji odbudowującej swoją pozycję)
  • Obszar Europy (która może być tylko uśpionym wulkanem)
  • Świat muzułmański (słuszność tej prognozy potwierdza tak zwana Arabska Wiosna Ludów)
  • Granica amerykańsko-meksykańska (skutek zmian demograficznych w obszarze pogranicza)34).

Moim zdaniem do wyżej wymienionych obszarów należałoby dodać również kraje afrykańskie. Problemy w dostępie do wody oraz pożywienia, konflikty religijne oraz rosnący przyrost naturalny nie wpływają stabilizująco na panujące między nimi relacje. Co więcej obecność w Afryce światowych mocarstw (głównie Chin) może spowodować, że lokalny konflikt zbrojny przekształci się w międzykontynentalne starcie.

Pierwsze dwudziestolecie XXI wieku będzie należeć według G. Friedmana do Chin, Japonii oraz Rosji. Spowolniony wzrost gospodarczy Państwa Środka miałby  skutkować pojawieniem się ogromnych problemów społecznych i politycznych w efekcie czego może pojawić się na horyzoncie groźba dezintegracji. Zdaniem autora Chiny trzymają się jako jedna całość dzięki pieniądzom, a nie ideologii. Kiedy przyjdzie załamanie gospodarcze i pieniądze przestaną płynąć (…) zadrży cała struktura chińskiego społeczeństwa35). Friedman pomylił się jednak przewidując, że ewentualna recesja w Stanach Zjednoczonych spowoduje załamanie chińskiej gospodarki36). Ostatni światowy kryzys pokazał, że pogorszenie sytuacji w USA nie wpłynęło negatywnie na ekonomię Państwa Środka, co więcej wzmocniło jego pozycję na arenie międzynarodowej. Z kolei Japonia od lat boryka się ze skutkami niewłaściwej, błędnej polityki ekonomicznej. Zmiana sytuacji demograficznej może wymusić na Kraju Kwitnącej Wiśni zmianę polityki imigracyjnej w celu przyciągnięcia chińskich robotników, z kolei chińscy sprzymierzeńcy Japonii zaczną walczyć o przyciągnięcie japońskiego kapitału37). Zgoła odmienna sytuacja będzie mieć miejsce w przypadku Rosji. Ten kraj o imperialnej przeszłości będzie dążył do odbudowy swojej strefy wpływów w regionie. Z kolei zmiana polityki gospodarczej polegająca na rezygnacji z rozwoju przemysłu, a skupienie się na eksporcie surowców nie tylko polepszyła sytuację ekonomiczną kraju, ale dostarczyła również możliwości stosowania szantażu energetycznego wobec krajów europejskich38). Zdaniem Friedmana głównym celem państwa carów jest zapewnienie sobie bezpieczeństwa poprzez stworzenie stref buforowych i odbudowanie silnej armii39). Autor „Następnych 100 lat” przewiduje, że w wyniku działań podjętych przez Rosję dojdzie do konfliktu około 2015 roku40). Dawnemu komunistycznemu imperium kontrolującemu Białoruś i Ukrainę przeciwstawi się Polska stająca w obronie krajów nadbałtyckich i wspierana przez Stany Zjednoczone41). Znów pominięta zostaje jednak rola jaką odegrałaby Unia Europejska, a cały ciężar decyzyjny zostaje przeniesiony na struktury NATO-wskie. Tak czy inaczej Friedman nie pozostawia złudzeń – ewentualny konflikt doprowadzi do załamania się Rosji i jej rozpadu w okolicach 2020 roku42).

Około 2030 roku w USA zajdą istotne zmiany społeczne będące wynikiem 50-letnich cykli43). Być może dynamika zglobalizowanego świata sprawiła, że cykl przyśpieszył, czego efektem był światowy kryzys i związane z nim marsze oburzonych. W tym okresie pojawią się również problemy związane z deficytem siły roboczej w krajach rozwiniętych44). Z kolei pozostałości Rosji i Chin staną się łakomym celem dla innych państw, a prym w tym „kłusownictwie” będą wiodły Polska, Japonia i Turcja45).

Lata 40 XXI wieku jawią się autorowi jako złoty okres Stanów Zjednoczonych. Rozwój techniki spowoduje też militaryzację kosmosu, co jest sprzeczne z aktualnie obowiązującymi konwencjami o przestrzeni kosmicznej. A co stanie się z trójką wielkich graczy? Japonia rozbuduje instalacje wojskowe w celu zabezpieczenia swoich szlaków handlowych na Pacyfiku, Turcja przeprowadzi interwencję wojskową w Egipcie, a Polska wraz z innymi krajami bloku wschodniego będzie kontynuowała ekspansję na wschód46).

Napięcia na arenie międzynarodowej spowodowane polityką prowadzoną przez Stany Zjednoczone oraz wzajemne niezrozumienie doprowadzą do wybuchu III wojny światowej. USA zmierzą się w niej z koalicją Japońsko-Turecką47). Widać tutaj świetnie jedną z głównych myśli G. Friedmana, który wierzy że tylko euroazjatycka potęga będzie na tyle silna by móc rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Przy czym sama wizja walk różni się od tej przepowiedzianej przez Alberta Einsteina. Sławny fizyk wypowiedział kiedyś następujące słowa: „Nie wiem, jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na maczugi” – przewidywał więc, że kolejny konflikt globalny będzie wiązał się z użyciem broni jądrowej co spowoduje unicestwienie ludzkiej cywilizacji. Friedman w swoich rozważaniach całkowicie pomija kwestię wykorzystania najpotężniejszej broni znajdującej się w arsenale ludzkości argumentując, że strach przed jej użyciem będzie zbyt wielki48). Świetnie jednak dostrzega jak rozwój technologiczny wpływa na zmianę nowoczesnego pola walki –  przykładowo bezzałogowe samoloty bojowe oraz roboty zwiadowcze już są obecne na współczesnych polach bitew. Wizja uzbrojenia używanego w III Wojnie Światowej, którą zarysował Friedman wydaje się więc wielce prawdopodobna. Co więcej polem walk ma się stać również przestrzeń kosmiczna49). Nie jest tajemnicą, że Chińczycy przeprowadzają próby zestrzeliwania uszkodzonych satelitów oficjalnie pod pretekstem usuwania śmieci znajdujących się na orbicie50). Jak widać pociski antysatelitarne już powstają. Przeniesienie działań wojennych w kosmos jest więc jak najbardziej realne.

Po zwycięstwie w globalnym konflikcie zbrojnym rozpocznie się złota era dla Stanów Zjednoczonych, które podczas minionych działań wojennych straciwszy najmniej-zyskały najwięcej51). W tym czasie USA zdominują przestrzeń kosmiczną umacniając się w roli jedynego światowego mocarstwa. Z kolei odbudowa powojennych zniszczeń przyczyni się do nagłego wzrostu gospodarczego połączonego z nagłym rozwojem technologicznym, który nastąpi na skutek komercjalizacji rozwiązań wykorzystywanych przez wojsko.

Ostatnia część książki traktuje o latach 80 XXI wieku, które jawią się autorowi jako rywalizacja Stanów Zjednoczonych z Meksykiem. Historia zatoczy więc koło i powróci do okresu sprzed traktatu z Guadalupe Hidalgo. Ma to być związane z emigracją ludności z hiszpańskojęzycznego kraju w wyniku czego zmieni się struktura etniczna w niektórych stanach, stwarzając tym samym możliwość podważenia integralności terytorialnej USA, co jednocześnie stanie się zarzewiem przyszłego konfliktu. Co prawda autor nie przewiduje walki zbrojnej, ale nie wyklucza aktów terrorystycznych. Natomiast napięta sytuacja na pograniczu meksykańsko-amerykańskim wprowadzi oba kraje w XXII wiek.

Jak widać areną dziejów świata jest dla Friedmana obszar bogatej północy. Państwa Ameryki Południowej, Afryki oraz Australia z Oceanią będą tylko tłem dla działań bogatszych sąsiadów z północy. Została również pominięta kwestia Antarktydy, której ziemie kryją ogromne złoża zasobów mineralnych. Deficyt surowców w połączeniu z rozwojem technologicznym oraz ociepleniem klimatycznym może sprawić, że lodowy kontynent stanie się polem walki światowych mocarstw.

Dzieło G. Friedmana napisane jest dobrym, prostym językiem. Czytelnik bez trudu będzie mógł zapoznać się z amerykańskim punktem widzenia, który cechuje postrzeganie interesu narodowego poszczególnych państw przez pryzmat geopolityki, potęgi militarnej, demografii oraz stopnia rozwoju technologicznego. Sam autor postrzega przemiany, zarówno te zachodzące na świecie, jak również te, które dopiero nadejdą z perspektywy realistycznej. Niestety bagatelizuje kwestie związane z globalizacją, a rola organizacji międzynarodowych (szczególnie Unii Europejskiej) zostaje zmarginalizowana. Lekceważone są również kwestie religijne, autor deprecjonuje znaczenie islamskich bojowników i zdaje się nie zauważać zjawisk związanych z powrotem fundamentalizmów, które świetnie scharakteryzował G. Kepel w swojej książce „Zemsta Boga”. Jednak podstawowym błędem, który popełnia autor „Następnych 100 lat” jest niedostrzeganie rosnącej roli korporacji. Już dziś niektóre z nich dysponują budżetami większymi niż niejedno państwo. W mojej wizji przyszłości w ciągu 100 następnych lat to one będą wiodły prym na arenie międzynarodowej. Być może wielkie ponadnarodowe organizacje będą również dysponowały prywatnymi armiami, które pozwolą im podzielić świat na swoje strefy wpływów. Alternatywną wizją jest postrzeganie globu jako wspólnoty. Czynniki integracyjne sprawią, że na innych kontynentach powstaną organizacje łudząco przypominające Unię Europejską, a z czasem wszystkie kontynentalne zrzeszenia połączą się w jeden twór, który stanie się swoistym globalnym superpaństwem. Jakie będzie następne 100 lat – czas pokaże, ale warto pamiętać, że to my – żyjący teraz ludzie jesteśmy niejako architektami życia przyszłych pokoleń. To nasze decyzje (a raczej naszych reprezentantów wybranych w demokratycznych wyborach) podejmowane tu i teraz będą rzutować na to jaki będzie XXI wiek.

Książka będąca w pewnym stopniu efektem zabawy intelektualnej autora stanowi miłą odskocznię od publikacji opisujących przeszłość, bądź traktujących o współczesnych problemach. To właśnie krótkowzroczność i brak myślenia długofalowego zorientowanego na przyszłość, przewidywania zmian oraz brak wizji są moim zdaniem główną bolączką polityków. Mimo, iż nie zgadzam się z dużą liczbą tez zawartych w tej publikacji, to jednak uważam ją za godną polecenia. Stanowi ona świetny przyczynek do dyskusji traktującej o tym, jak będzie wyglądał świat za następnych 100 lat. Polityk może co prawda myśleć krótkookresowo, koncentrując się na informacjach umożliwiających mu wygranie najbliższych wyborów oraz ewentualne utrzymanie się przy władzy, jednak prawdziwy mąż stanu powinien troszczyć się o interesy przyszłych pokoleń, wybiegając w przyszłość. I w tym właśnie może mu pomóc lektura książki George’a Friedmana. Czy jednak udało mu się przeczuć XXI stulecie52) – czas pokaże.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017

   [ + ]

1.G. Friedman, Następne 100 lat, Warszawa 2009, s.13
2.Ibidem, s.13
3, 4.Ibidem, s.17
5.Ibidem, s.19
6.Ibidem, s.18
7.Ibidem, s.19-20
8, 9.Ibidem, s.20
10.Ibidem, s.20-21
11.Por. J. Prus, Chińska ekspansja na Syberii,  http://www.rp.pl/artykul/269196.html, data ostatniej wizyty 10.05.2012
12.por. M. Ikonowicz, Nowy (żółty) kolonializm?, Przegląd 47/2009
13.Dane za American Association of Port Authorities, http://www.aapa-ports.org – przytoczone dane pochodzą z roku 2009, który jest jednocześnie datą wydania książki.
14.P. Wołejko, Rywalizacja Chin z Ameryką: nieuniknione starcie na morzu, http://www.politykaglobalna.pl/2009/06/rywalizacja-chin-z-ameryka-nieuniknione-starcie-na-morzu/#ixzz1uYNsPYVx, data ostatniej wizyty 10.05.2012
15.G. Friedman, op. cit., s.22
16.W. Radziwinowicz, Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski, Gazeta Wyborcza 02.04.2009
17.G. Friedman, op. cit, s.25
18, 19.Ibidem, s.25
20.Ibidem, s.33
21.Ibidem, s.32
22.Ibidem, s.60
23, 24.Ibidem, s.36
25.Ibidem, s.47-53
26.Ibidem, s.46
27.Ibidem, s.52
28.Ibidem, s.53
29.Retoryka antyizraelska Saddama Husajna miała na celu wzmocnienia jego sytuacji wewnętrznej, a nie stanowiła preludium nadchodzącego konfliktu
30.Ibidem s.60-62
31.Ibidem s.65
32.Ibidem s.70
33.Ibidem s.72-73
34.Ibidem s.82-106
35.Ibidem s.115
36.Ibidem s.114
37.Ibidem s.113
38.Ibidem s.124-125
39.Ibidem s.122-140
40, 41.Ibidem s.135
42.Ibidem s.140
43.Ibidem s.148
44.Ibidem s.155
45.Ibidem s.150-176
46.Ibidem s.177-198
47.Ibidem s.199-200
48.Ibidem s. 211
49.Ibidem s.205-208
50.PAP, http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,3869100.html, 23.01.2007
51.Ibidem s.239-240
52.Ibidem s.283