Gala kontemplująca wystawę Dali kontra Warhol, która po dwudziestu metrach staje się wystawą bez puenty

26.09.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

http://dalikontrawarhol.pl/media/

Kontestatorzy kunsztu Andy’ego Warhola mogliby stwierdzić, że wystawa Dali kontra Warhol prezentowana przez ostatnie miesiące w PKiN to idealne zobrazowanie paradoksu jego mitu i nieuzasadnionej wielkości. Kontestatorzy dzieł Salvadora Dalego mogliby zauważyć, że wystawa jest równie niezrozumiała, jak pompatyczne i kiczowate obrazy Katalończyka. Ja jako fan obu artystów stwierdzam, że organizatorzy dość stanowczo pokazali mi środkowy palec, tuż przed moimi oczami.

 

Na początku jednak warto oddać szacunek twórcom Dali kontra Warhol za zebranie pokaźnej liczby oryginalnych prac obu artystów. Odwiedzający wystawę mogą zobaczyć m.in. słynną Galę kontemplującą Morze Śródziemne…, Hiszpanię czy projekt Kuszenia Świętego Antoniego Dalego, jak również warholowskie grafiki Marylin Monroe, Puszka Zupy Campbell i mnóstwo okładek płyt winylowych wykonanych przez Andy’ego.

Te ostatnie zresztą stanowią główny i najmocniejszy punkt wystawy. Każda z okładek jest świetnie wyeksponowana, a podczas ich podziwiania można dowiedzieć się naprawdę sporo na temat historii ich tworzenia. Szczególną uwagę przykuwa w tym kontekście oczywiście legendarny banan ozdabiający płytę The Velvet Underground & Nico. Wśród okładek wykonanych dla Johna Lennona, Lizy Minelli i The Rolling Stones znajdziemy również takie ciekawostki jak np. grafika do płyty z nokturnami Fryderyka Chopina. Z racji pokaźnego korytarza wypełnionego okładkami Warhola być może warto wybrać się na całą wystawę… Choć zaznaczam, że trudno znaleźć mi wiele więcej punktów wartych uwagi, czasu i pieniędzy (bilet na wystawę kosztuje 45 zł).

Pewnie argumentem za odwiedzeniem tak hucznie reklamowanej wystawy byłyby wspomniane przeze mnie wcześniej zbiory oryginalnych prac artystów. Cóż jednak po nich, skoro sposób ich prezentacji jest raczej dyskusyjny… Cóż z tego, że możemy obejrzeć Galę kontemplującą Morze Śródziemne, które po dwudziestu metrach staje się portretem Abrahama Lincolna, skoro nie mamy szansy osiągnąć dystansu sugerowanych przez Dalego dwudziestu metrów od obrazu i podziwiać w rzeczywistości efektu, jaki chciał osiągnąć artysta? Tuż obok w zastępstwie mamy dużą makietę z kopią obrazu i jego… mniejszą kopią – tak abyśmy mogli nie ruszając się z miejsca zobaczyć „efekt Lincolna”. Faktycznie – jedno piętro Pałacu Kultury to niewielka powierzchnia wystawowa…

Na wystawie możemy obejrzeć sitodruki z legendarnym wizerunkiem Marylin. Ale cóż z tego skoro ich percepcja jest zaburzona tym, że są one umieszczone w jednej sali z obrazami Dalego, a nagrany lektor (którego każdy zwiedzający ma w słuchawkach, tak by zostać zdalnie oprowadzonym po ekspozycji) opowiada o kolejnych dziełach niemal bez przecinka. W tym miejscu, a to dopiero początek wystawy, po raz pierwszy i nie po raz ostatni zadałem sobie pytanie: jaki jest sens umiejscawiania obok siebie pop-artu i surrealizmu i udawanie, że próbuje się znaleźć dla nich jakikolwiek wspólny mianownik? Do końca wystawy nie znalazłem odpowiedzi.

Następnie przechodzimy do sali perfum Dalego, z której trafiamy do środka puszki zupy pomidorowej, w której podziwiamy puszkę zupy pomidorowej (serio). Potem oglądamy rzeźby Dalego po to, by zaraz próbować obejrzeć etiudy filmowe Dalego i Warhola prezentowane na dużych ekranach tuż obok siebie. Próby spełzły na niczym: ekran Dalego był zupełnie niewyraźny, a film Warhola nie działał. Kolejnym etapem wystawy  jest mała imitacja legendarnego Factory Warhola. Polega to na tym, że przebywamy wśród ścian oblepionych folią aluminiową (tak, jak w nowojorskim lofcie artysty). Szczególnie rozczarował mnie koniec wystawy. Wielki lizak Chupa-Chups, jeszcze większe lustro i pretensjonalne komentarze lektora („a czy ty jesteś gotów na swoje 15 minut sławy?”) – to wszystko, co zaproponowano na symboliczne „do widzenia”. Negatywne wrażenie pogłębił audioguide, który nie dotrwał do końca, nieczynna sala sitodruku i kompletnie niepotrzebne Cafe Dali. I pomyśleć, że przy wejściu nie działał terminal i była jeszcze okazja, aby się wycofać…

Dali kontra Warhol to tak naprawdę ani nie Dali, ani nie Warhol ani nawet nie kontra. Od początku do końca wystawy nic i nikt nie próbował mi wytłumaczyć na jakiej zasadzie tych dwóch artystów w ogóle było porównywanych, zestawianych, a tym bardziej konfrontowanych. Pop-art nie zderzał się tam z surrealizmem w żadnym momencie, chyba że jako to zderzenie potraktujemy fakt, że jedno przeszkadzało drugiemu. Dali nie zderzał się tam z Warholem w ogóle – ich sztuka, ich historia to były dwa zupełnie różne wątki, tyle że omawiane równolegle. Na wystawie dostajemy zatem chaos, powierzchowność i bylejakość podszytą gigantyczną kampanią reklamową i dwoma nazwiskami gwarantującymi sprzedaż nawet dość drogich biletów.

Jeśli naprawdę wspólnym mianownikiem dla przedstawianych postaci i motywem przewodnim ich „konfrontacji” były tylko pieniądze, skandal i kontrowersja – bo to im najwięcej miejsca w notatkach prasowych poświęcili organizatorzy – to naprawdę szkoda czasu na takie spłycanie tak bogatych osobowości i biografii, i tak pasjonującej sztuki.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017