Dziwię się

22.09.2017 3 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Przewrażliwienie na punkcie swoich uczyć estetycznych i religijnych nie jest zjawiskiem nowym. Niemniej jednak ta cecha ludzkiej osobowości od lat niezmiennie mnie fascynuje. Wrażliwy, choć chyba nie przewrażliwiony na punkcie swoich uczuć estetycznych i zdecydowanie niewrażliwy na kwestie religijne – niezmiennie dziwię się.

Parę miesięcy temu czytałem informację o tym, że wystawa Moniki Piórkowskiej Time Gates mająca odbyć się w Instytucie Polskim w Wiedniu została odwołana przez dyrektora tej placówki. Argument polegał na tym, że treść prac artystki „może stanowić źródło antagonizowania grup społecznych”, szczególnie w sferze wartości i uczuć religijnych. Time Gates to – według opisu wystawy – zbiór prac Piórkowskiej, które pod pretekstem ukazania z pozoru zwyczajnych życiowych sytuacji zmuszają do szerszej refleksji dotyczącej spraw politycznych czy społecznych. Artystka mawia, że jej sztuka jest zaproszeniem do rozmowy, tym bardziej bolesny był dla niej zarzut dotyczący antagonizowania ludzi. No właśnie – skoro rozmowa, to również założenie, że będą w niej brać udział osoby o innych poglądach, innym poczuciu tego i owego. Wtedy odbywa się dyskusja, wtedy ma to sens. Tutaj najwyraźniej zabrakło zarówno chęci do owej dyskusji, jak i być może chęci do wspomnianej wyżej szerszej refleksji. Swoją drogą – może któryś z czytelników pomoże mi zauważyć, w którym momencie Monika Piórkowska antagonizuje i obraża uczucia religijne. Część prac można zobaczyć pod tym linkiem: http://www.monikapiorkowska.com/time-gates.html. Ja się dziwię.

Jakimś rodzajem festiwalu stają się już powoli próby odwołania, bojkotowania czy cenzurowania kolejnych koncertów Behemotha. Dodam, że chodzi o koncerty na terenie Polski – reszta świata (może ktoś nie wie, ale kapela Nergala jest mega gwiazdą w swoim gatunku) ma mniejsze problemy z ich twórczością. Zastanawiam się czy problemy Nergala faktycznie zaczęły się od pamiętnego podarcia Bibilii koncertów czy może jego wizerunek sceniczny aż prosił się o wcześniejsze czy późniejsze kłopoty na tle obrazy uczuć jakichkolwiek. Tak czy siak czymś trudnym do przełknięcia okazał się performance darcia Biblii na jednym z koncertów (Nergal od lat deklaruje się jako człowiek niemający z katolicyzmem nic wspólnego i uznający religię chrześcijańską jako tę promującą „człowieka słabego”, z czym on osobiście się nie zgadza). Urażone uczucia religijne należały do ludzi, którzy na owym koncercie nie byli, a przeczytali o nim w gazecie. Fanów, którzy zapłacili kasę za bilety na Behemotha nic nie uraziło… W kraju, w którym tak szokująco często traktuje się krzyż instrumentalnie i używa się go do przeróżnych niereligijnych celów to właśnie Nergal jest dyżurnym diabłem, w którego wizerunek na ścianie można rzucać strzałkami. I to tylko z racji uprawianej sztuki. Dziwię się.

W większości „normalnych” tekstów o tej tematyce w następnym akapicie pojawiłby się wątek Klątwy i Teatru Powszechnego. U mnie się nie pojawi. Nie byłem i nie widziałem. Przeczytałem natomiast mnóstwo słów o wspaniałości spektaklu, pisanych przez tych, którzy go nie widzieli. Przeczytałem 100 razy więcej słów (całych esejów!) na temat tego, że Klątwa to zło i chociaż jeszcze się go nie widziało to na wszelki wypadek lepiej zakazać. Dziwię się temu.

Można te bardziej lub mniej poruszające historie mnożyć. A cenzura nadal pozostanie dla mnie czymś w rodzaju ruchu ostatecznego. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie w pierwszej chwili coś, co moim zdaniem powinno zostać ocenzurowane. Może to pewien rodzaj myślenia czy osobowości, który różni mnie od ludzi określanych przeze mnie mianem przewrażliwionych na punkcie estetyki i religii. A nawet gdyby i mnie ocenić jako tego przewrażliwionego estetę (psioczę, często…) to zawsze posiadam wolność w postaci czerwonego guzika, który wyłącza to, czego nie lubię. Zawsze istnieje możliwość niekupienia biletu na wystawę do Zachęty, która to wystawa mogłaby mnie obrażać (nadal nie potrafię sobie wyobrazić, jak miałaby tego dokonać). Zawsze istnieje możliwość niepójścia na jakiś koncert, albo na jakiś film… W tym kontekście sztuka jest dużo mniej problematycznym zjawiskiem niż np. zbyt roznegliżowane dziewczyny na ulicy latem, albo religijne symbole w przestrzeni publicznej. Ich sobie nie wyłączę… Ale też nie potrzebuję ich cenzurować.

Komu i czemu więc cenzura ma służyć? Przecież największą zmorą artystów (powinna być też to zmora świadomych odbiorców) jest to, że jej obecność powoduje w nas tendencje do autocenzury. W pewnym momencie zaczynamy się więc mimowolnie ograniczać. Sztuka przestaje być wolna. Nie godzę się na coś takiego. Choć może się to podobać tym, którzy swoje postrzeganie otoczenia traktują jako obowiązujące. Chcieliby, aby przy okazji obowiązywało ono resztę tego otoczenia. Wtedy nie ma miejsca na „niepotrzebną” dyskusję ani na „zbędną” refleksję. W ten sposób rozumiana jest przez wielu harmonia. A ja się dziwię.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017