Chuligan wolności

26.10.2018 5 minuty na przeczytanie artykułu

Wierzę w koty i w rum, i w słońce, i w zielone drzewa, i w wolność. Chcę mieć prawo zdechnąć z głodu, jeżeli sobie nie dam rady”

 

Andrzej Bobkowski przyszedł na świat w austriackim Wiener Neustadt w 1913 r. w rodzinie wysokiego oficera i szlachcianki obracającej się w kręgach inteligencko-artystycznych. Stanowiło to dość wybuchową mieszankę wojskowego drylu i kawiarnianej bohemy, ale gwarantowało małemu Jędrkowi staranne wykształcenie obfitujące w kontakt z teatrem, literaturą, sportem, językami obcymi. Rodzina często zmieniała miejsce pobytu. Okres wkraczania w dorosłość spędził u ciotki w Krakowie, gdzie za pierwszym razem nie został dopuszczony do matury. Było to spowodowane różnicą priorytetów. Wolał prowadzić życie towarzyskie nad Wisłą, przemierzać Kraków rowerem i sklejać modele samolotów, aniżeli się uczyć. Incydent przypłacił karą w postaci wakacyjnej pracy na kolei. Druga próba, rok później, obyła się już bez strącenia poprzeczki. Ukończywszy studia ekonomiczne na SGH w 1938 r., przyszły pisarz potajemnie ożenił się z Barbarą Birtusówną, bowiem rodzina sprzeciwiała się związkowi z gorzej ustosunkowaną dziewczyną, zwłaszcza że wśród krewnych Andrzeja były takie tuzy, jak np. sanacyjny wiceminister i zięć Ignacego Mościckiego – Aleksander Bobkowski, stryj młodego buntownika. W kilka miesięcy później Bobkowski udał się do Francji, która miała stanowić przystanek w drodze do Argentyny. Plan pokrzyżował wybuch wojny. By związać koniec z końcem, imał się rozmaitych zajęć – prowadził pralnię, pomagał rodakom w Biurze Polskim, pracował w fabryce amunicji. Kiedy wkroczyli Niemcy, pracowników tejże fabryki ewakuowano na południe, a Bobkowski, zaopatrzywszy się w rowery, wyruszył wraz z Tadziem, warszawskim szoferem, w drogę powrotną do Paryża, gdzie została Basia. Podróż, wiodąca przez południową Francję, trwała dwa miesiące i stanowiła najbarwniejszą część dziennika, który cały czas prowadził. Opisywał w nim wojenne lata 1940–44, został on później wydany przez paryską „Kulturę” jako „Szkice piórkiem„ (1957) – opus magnum Bobkowskiego.

Stosunek do…

Chociaż dziennik traktuje o wojnie, jego lektura rozpiera czytelnika chęcią do czerpania z życia garściami. Doskonała, nieprzeintelektualizowana proza, będąca pochwałą indywidualizmu, otwartość na każdy detal czynią z niej apoteozę teraźniejszości, radości chwili i wolności, które sączą się z każdej strony „Szkiców”.

Słońce, oślepiające słońce, w dole wije się Garonna. Wdycham zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś – i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.

Bobkowski czynił trafne, prorocze, spostrzeżenia, interpretując rzeczywistość i antycypując rozwój wydarzeń, np. podział kontynentu żelazną kurtyną. Wierzył jedynie w taki ustrój czy system, który pozwalałby (nie kazał) człowiekowi żyć naprawdę. Reżim żadnej ideologii nie byłby w stanie włożyć jego myśli w obcęgi. Najgorsze przechowywał tam, gdzie Niemcy ani żadni socjaliści, którymi pogardzał, nie mieli dostępu – w głowie.

Francja, Polska, wojna

Bobkowskiego można by nazwać frankofilem. Jego diariusz zawiera jednak tyle samo zachwytu co oburzenia, niechęci, a nawet rozpaczy spowodowanej postawą Francuzów wobec okupanta i tym co obecnie reprezentuje podziwiana przez niego cywilizacja. Przeszłość wybudowała na tej ziemi cudowny pomnik, idealne miejsce do życia, teraźniejszość bije w ten monument młotem.

To jeszcze resztki tego, co było – i to może jest najsmutniejsze. To, co inni przeczuwali, za czym podświadomie tęsknili, Francuzi umieli wcielić i rzucić przed oczy w formie jasnej, zrozumiałej dla KAŻDEGO, życiowej. Nie chcieli „nadludzi” – chcieli człowieka, i może dlatego ich wpływ był tak głęboki, tak ostro przeorał kulturę świata. Potem szli dalej siłą rozpędu. Wojna poprzednia ich wyczerpała. Co dali światu po tamtej wojnie? Już znacznie mniej niż im się zdawało. Rozkład?

Komentując wypowiedzi kolaborującego rządu Petaina i zachowania, z jakimi spotyka się na co dzień u Francuzów, szydzi bezwarunkowo, szydzi i cierpi zarazem. Jest to emanacja obrzydliwej w jego mniemaniu postawy, która sprowadziła cały naród „na kolana”.

Armia zdobywcza zachowuje się bez zarzutu, nie widziałem ani jednego pijanego Niemca, ustępują kobietom miejsca w metrze, pozorami oswajają Francuzów i przygotowują ich do kolaboracji.

Francuzi także zachowywali się bez zarzutu, wzorowo wręcz. Jako „pokonana” strona telefonicznie uprzedzali Niemców o poddaniu się, jeszcze zanim ci się zjawili. Opinię ratowały jednostki, tj. nieliczni urzędnicy wykazujący ludzkie odruchy, gdy trzeba było pomóc lub coś załatwić. Zanurzając się w lekturze „Szkiców piórkiem”, z dużą dozą prawdopodobieństwa odczujemy zazdrość spowodowaną absurdalnie tanimi: oliwkami, serami, winem, melonami, figami, śliwkami, gruszkami i wszystkim, czego potrzeba do szczęścia podczas biwaku pod gołym niebem na Lazurowym Wybrzeżu albo w Alpach. Trwa to w najlepsze, w kraju toczonym chorobą duszy, który nigdy nie będzie już taki jak przed wojną. Pogoń za pełnią życia. Pojedynek ze szczęściem w Monte Carlo. Rozkoszowanie się każdą chwilą, każdym dniem, słońcem, wodą, papierosem po posiłku i przed snem. W drugą rocznicę wybuchu wojny konstatuje, że jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak dobrze i jest w pełni szczęśliwy. Większość z dziewięciu lat spędzonych we Francji, czasu, który go ukształtował, nie jest okresem materialnej prosperity dla niego i Basi, a często walką o zaspokajanie najbardziej elementarnych potrzeb. Kombinowaniem jak związać oba końce. Nieraz myśli wędrują w stronę Polski, za którą dać się zabić według niego to żadna sztuka. Jednocześnie żałuje, że nie walczy i nie ginie jak szanujący się Polak (nie przyjęto go do wojska z uwagi na powiązania rodzinne).

Oni (Francuzi) są jak człowiek bogaty, który żeby nie widzieć, ile przegrał, to zawsze znajdzie oparcie, my jak nędzarz, który wszystko postawił na jedną stawkę, przegrał wszystko i ma do odrobienia wszystko.

Zmierzch Europy, Gwatemala

Z Europy, mając sto dolarów w kieszeni, uciekli z Basią do Gwatemali. Była to ucieczka przed spisanym w sferze jego wartości na straty, dusznym Starym Kontynentem. To, przed czym uciekał, zastało go również w Ameryce Południowej. Mowa oczywiście o wpływach komunizmu. Ucieczka była jednak tylko środkiem do celu i uniezależniała go od europejskich instytucji-urzędów, które czyniły z jednostki odwiecznego petenta, a taką postawę trudno było przełknąć Bobkowskiemu jako jednostce pełnej wewnętrznego anarchizmu. Szukał nowego spojrzenia, umożliwiającego dostrzeżenie szczegółów, niewidocznych z bliska. Z perspektywy czasu decyzji o wyjeździe nie żałował. Uważał, że gdy cel jest zbyt trudny albo mglisty, nie patrzy się, jak się idzie, i idzie się głupio.

Za oceanem

Zostawił także inne dzienniki, np. z podróży transatlantykiem Jagiełło, opowiadania i bardzo bogatą epistolografię. Listy do matki, stryja Aleksandra, Jerzego Giedroycia, z którym pomimo wielu różnic serdecznie się przyjaźnił oraz wielu innych osób w Polsce i na emigracji. Pisał regularnie do paryskiej „Kultury”.

Warunki życia w Gwatemali z początku były bardzo trudne, jednak z czasem otworzył swój własny interes – sklep hobbystyczny z modelami samolotów. Zainteresował modelarstwem młodzież, która widziała w nim autorytet także w innych dziedzinach. Brał udział w modelarskich zawodach za granicą. Do Polski już nigdy nie wrócił. Zmarł w 1961 r. na raka mózgu pogodzony ze śmiercią. Basia nawet wtedy została z nim w Gwatemali.

Bartłomiej Nersewicz