Ruch na podwórku

25.05.2017 4 minuty na przeczytanie artykułu

pixabay.com

Niewielki berliński klub, gdzieś na granicy dzielnic Mitte i Kreuzberg. Trudno się tam dostać, nie ma właściwie żadnych oznaczeń, a okolica raczej nie wskazuje na to, by w pobliżu odbywały się jakiekolwiek koncerty. Samo miejsce warto zresztą obejść dookoła ze dwa razy, żeby upewnić się, że to na pewno tu. W tej przedziwnej scenerii Jojo Mayer wraz z zespołem Nerve zaprezentowali swoją muzykę z dwóch ostatnich płyt. Pierwszy z dwóch berlińskich występów grupy okazał się koncertem niezwykłym.

 

Mnóstwo wciągającej improwizacji i niezwykle kreatywne operowanie brzmieniem każdego instrumentu… A wszystko to oparte na genialnych, transowych rytmach nadawanych przez lidera oraz hipnotycznych, snujących się kompozycjach. Wiele skojarzeń przychodziło mi do głowy – np. narkotyczne, improwizowane koncerty Pink Floyd w latach 60-tych. Zespół w subtelnym oświetleniu, często w półmroku i w kłębach dymu zafundował słuchaczom rodzaj widowiska, jakie zawsze wyobrażałem sobie, gdy czytałem o występach pierwszego składu Floydów w londyńskim klubie UFO. Przyszły mi na myśl post-rockowe albo jazzowe kolektywne improwizacje, z jakich słynie właściwe cała scena nowojorska – tutaj trzymane konsekwentnie w ryzach przez basistę Johna Davisa. No i wreszcie eksperymenty studyjne Aphex Twina, szczególnie z okresu „I Care Because You Do” – tak bardzo słyszalne w brzmieniu klawiszy Jacoba Bergsona i efektach dźwiękowych, za które odpowiedzialny jest etatowy nagłośnieniowec zespołu Aaaron Nevezie. Zresztą nieprzypadkowo koncert został podzielony na dwa godzinne sety, w których kolejne utwory następowały po sobie bez żadnych przerw. To typowo DJ-skie zabiegi i myślę, że występy Nerve należy traktować tak przez pryzmat elektronicznej imprezy tanecznej, jak i koncertu muzyki instrumentalnej.

Chyba właśnie to jest w twórczości Nerve i muzycznej filozofii Jojo Mayera najpiękniejsze i najbardziej inspirujące. To, że są pomiędzy tymi wszystkimi skojarzeniami. Celowo nie piszę, że są „gdzieś w środku” – absolutnie nie.  Są pomiędzy wszelkimi pojęciami i odniesieniami naraz, są w wielu miejscach jednocześnie. Zarówno po wysłuchaniu ich ostatniej płyty, jak i po berlińskim koncercie myślałem o tym, że Jojo Mayer ze swymi muzycznymi pomysłami wpisuje się w pewien dużo bardziej ogólny trend w muzyce, a przy okazji jest jednym z jego najwybitniejszych prekursorów.

Na stronie internetowej Nerve, w zakładce ABOUT znajdziemy dwa zdania, które najtrafniej opisują ich działalność: „NERVE sounds like electronic music, but it’s not. It doesn’t sound like jazz or rock, but it is”. To klucz do zrozumienia fenomenu tego zespołu, jak i do interpretacji wielu zjawisk w muzyce i sztuce. W już panującej lub za chwilę zapanującej epoce zmęczenia plastikiem, wygładzonymi i poprawionymi dziewczynami z okładek, zmęczenia ekspansją tandety i taniochy – wytwarza się coraz większa grupa odbiorców, która dużo więcej uwagi poświęca muzykom poszukującym, wymykającym się kategoriom i niełatwym do sklasyfikowania. Potraktowałbym to jako pewien znak współczesności, którą niektórzy zwykli jeszcze określać mianem „postmodernistycznej”. Ten eklektyzm może być magnesem dla publiczności i niemałym kłopotem dla fanów „nalepek”, „stylów” i „szufladek”. Z chęcią mógłbym odbyć dyskusję, w której broniłbym tezy, że ostatnie projekty solowe Wacława Zimpla albo Sławka Jaskułke to zarówno minimalizm, jak i sztuka konceptualna. Marc Ribot to zarówno jazz, jak i rockowa awangarda. A opisany wcześniej Nerve to zarówno elektronika, jak i jazz w czystej niemal postaci. Przenikanie się wszystkich tych światów to pasjonująca podróż dla słuchacza, który chce być zaskakiwany, albo który po prostu chce posłuchać.

Nalepki zużywają się zatem i bardzo dobrze! Otwierajmy uszy i słuchajmy muzyki, po prostu. Znajdą się oczywiście tacy, którzy napiszą, że jestem tendencyjny i beznadziejny bo dyskusja o aktualności nazw stylów w muzyce to już „przedwczoraj” (i będą mieli wiele racji) … Ale chyba nigdy nie dotyczyła ona tak dużego obszaru i tak wielu środowisk muzycznych, jak dziś. Nie mówimy bowiem jedynie o jakiejś głębokiej awangardzie czy alternatywnych artystach, których znajdziemy tylko na Bandcampie. Eklektyzm w doborze utworów na płycie, w kwestii brzmienia, instrumentarium, tekstów i wszelkich środków artystycznych jest czymś, co charakteryzuje także naprawdę duże produkcje! Jeśli weźmiemy pod lupę np. Lemonade Beyonce, Joanne Lady Gagi, czy Anti Rihanny – to mamy do czynienia z niezłymi kalejdoskopami muzycznymi. Coś podpowiada mi, że to świetnie! Przynajmniej wg mojego gustu wszystkie te trzy płyty są najlepszymi w dorobku każdej z artystek.

Te wszystkie połączenia trochę chwieją wyobrażeniami odbiorców i pewnie często wyprowadzają ich ze sfery komfortu. Tę zaś zapewniają im bezpieczne ramy, w których wszystko jest jasne, klarownie nazwane i nie ma problemu z odpowiedzeniem na pytanie „a czego słuchasz?”. Ale gdyby wszystko było takie oczywiste to byśmy się znudzili. Jak mawia mój przyjaciel – nie byłoby ruchu na podwórku.

Nie oszukujmy się jednak. Zawsze mocnym pozostanie świat tzw. głównego nurtu, czyli wielkich rozgłośni fundujących nam pranie mózgu i przekompresowane hity. Chociaż ten cały „mainstream” też jest pojęciem, które mocno ewoluowało i czasem można mieć uzasadnione wrażenie, że w mainstreamie znajduje się mocna alternatywa względem mainstreamu. Ot, paradoks… Potwierdzający zresztą, że i tutaj pojęcia mają coraz mniejsze znaczenie. Niemniej jednak parcie na łatwiznę nie osłabnie. Proste łatki i skojarzenia zawsze będą pożądane – tak było, jest i będzie. Tylko, że w moim odczuciu muzyka dzieje się gdzie indziej… Jest właśnie na tych rozstajach i granicach. Jest obecna w tych wszystkich przedziwnych i może czasem niezrozumiałych, wymieszanych miksturach. Nierzadko trudno do niej dotrzeć. Może trudno również przyswoić ją za „pierwszym podejściem”.

Zupełnie tak, jak z niewielkim berlińskim klubem, w którym podziwiałem koncert Nerve. Gdzieś na granicy Mitte i Kreuzberga. Żadnych oznaczeń, niełatwo tam trafić. A jednak właśnie tam wydarzyło się coś ważnego. A na dodatek oba koncerty Nerve w Berlinie były wyprzedane.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” na lata 2016-2017

Przeczytaj również